piątek, 13 kwietnia 2012

III: SPOTKANIA, PRACA I MOI BLISCY

   Rodzice przyjechali w czwartek, akurat wtedy, gdy szykowałam się do wyjścia cała zestresowana z powodu swojego pierwszego wystąpienia w radiu. Przywitałam ich szybko i wyjaśniłam pokrótce, dlaczego tak bardzo się spieszę. Natychmiast pobiegli do kuchni włączyć sprzęt, żeby móc mnie później posłuchać. Byłam zadowolona, że udało mi się to załatwić bez zbędnych pogaduszek. Wybiegłam z mieszkania jak poparzona, a i w drodze do pracy kompletnie nie uważałam. Sama dla siebie stałam się niemożliwa! Pędziłam z prędkością, przekraczającą normę. Miałam szczęście, że nikogo nie zabiłam i nie trafiłam na patrole policyjne. Obiecałam sobie w duchu, że już nigdy więcej nie zamienię się w pirata drogowego. Nie chciałam też być dla nikogo zagrożeniem. Tyle teraz wypadków! Ja jednak jestem wariatką.
   Z trudem zaparkowałam samochód w taki sposób, aby nie porysować innych aut, stojących w pobliżu. Cała byłam poddenerwowana. Dzięki Bogu, do audycji zostało mi jakieś pół godziny i zdążyłam się jeszcze przygotować. Największym problemem okazało się znalezienie odpowiedniego tematu na ten pierwszy raz. Tak bardzo chciałam zadowolić swoich słuchaczy i szefa. Byłam wdzięczna, że to nie telewizja i mogę mieć przy sobie tekst, chociaż pan Marcelli stwierdził, że za którymś razem nie będzie mi już potrzebny. Podobno potem staje się to o wiele łatwiejsze i przychodzi dość naturalnie. Podekscytowana po rozmowie z Maxem, zajęłam swoje miejsce przed mikrofonem. Jeszcze tylko Krzysiek dał mi kilka niezbędnych porad i kazał się uspokoić, mówiąc, że ma wszystko pod kontrolą, a jak na razie to moim zadaniem jest jedynie wykazanie się oratorskimi zdolnościami, bo obsługiwanie "tego specjalistycznego panelu" wymaga praktyki. Ogromna determinacja i chęć bycia profesjonalistką owładnęły moim umysłem. Czerwone światełko oznacza, że się nagrywa, tak? Matko!!! Ratunku! Stres, stres, stres...... Przypomnij sobie... Jezusie kochany! Zapomniałam, jak się czyta!!! Nie, no bez przesady... Gdybym miała trzecią i nie owładniętą stresem rękę, to walnęłabym się w twarz, aby nieco ocucić zesztywniałe ciało. Niestety, nie jestem dziwadłem i mam tylko dwie górne kończyny. JEST LAMPKA! Zaczynam!
- Witam państwa serdecznie w pierwszym i mam nadzieję, że nie ostatnim wydaniu programu radiowego: A my tu gadu-gadu. Mam na imię Hanka i od dziś, w każdy czwartek będziecie mogli usłyszeć mnie w Radiu Harmonia. Nasz dzisiejszy temat to... przeznaczenie. Wierzyć w nie czy raczej nie? Jedna z moich czytelniczek napisała kiedyś, że była u wróżki, która bardzo skrupulatnie przepowiedziała jej przyszłość. Kobieta dowiedziała się bowiem, że straci pracę, w której de facto była bardzo dobra, a następnie otworzy własną restaurację, która stanie się jej pasją i jedynym życiowym przeznaczeniem. Ona w to powątpiewała.
I rzeczywiście. Po roku przepowiednia się ziściła. Co wy na to? Czekam na wasze telefony. Dzwońcie pod numer: 663 428 756.- dzwonek usłyszeliśmy po paru sekundach. -Halo, halo! Dzień dobry! Jak masz na imię?
- Weronika. Bo to jest tak... ja kiedyś też nie wierzyłam w przeznaczenie, ale do czasu. Zaczęłam spacerować po parku z moim psem rasy labrador, Atosem. I za każdym razem, kiedy tam chodziłam, dokładnie o tej samej porze natykałam się codziennie na pewnego faceta, który również miał sunię tej samej rasy, Iwę. Wiem, historia rodem z tej bajki o dalmatyńczykach, ale to właśnie dzięki naszym pupilom zbliżyliśmy się do siebie. Teraz jesteśmy razem od ponad siedmiu miesięcy i w sierpniu bierzemy ślub! Moja odpowiedź jest więc jasna: warto wierzyć w przeznaczenie!
- Dziękujemy Weronice za to potwierdzenie. Jej historia jest dla nas doskonałym przykładem tego, iż nie należy uciekać przed czekającym na nas losem.
To zadziwiające! Ilu ludzi tu dzwoniło! Cała godzina zeszła na rozmowach z słuchaczami, a następnie przeprowadzałam wywiad z gwiazdą nowego serialu "Oblicze kobiety" Małgorzatą Rusiak. Te dwie godziny zleciały dość szybko i o dziwo, bezstresowo. Byłam z siebie dumna, a nawet dostałam pochwały od Włocha i całej ekipy. Zaczęłam zbierać się do wyjścia, kiedy pan Max przypomniał mi, że nie muszę już dziś wracać do  tamtej pracy. Był on również szefem gazety, dlatego wiedziałam, że może sobie pozwolić na danie takiego przywileju. Jednakże skorzystałam z faktu, iż miejsce funkcjonowania "Harmonii Życia" znajduje się w tym samym budynku, tyle że piętro wyżej i wpadłam tam na krótką chwilę. Zabrałam stamtąd materiały do kolejnego artykułu i legitymację prasową, którą zostawiłam poprzednio- gapa!
   Tym razem jechałam dość powoli. Zastanawiałam się, czy powinnam zaprosić rodziców, brata i bratową z dzieckiem na obiad do restauracji, czy może raczej upichcić coś samodzielnie. Wstąpiłam na moment do sklepu spożywczego i po zrobieniu zapasów, ruszyłam w kierunku domu. Niestety, kiedy byłam już w połowie drogi, mój jeep uległ awarii. Zdążyłam tylko zjechać na pobocze i zadzwonić po pomoc drogową oraz po Lenkę, która miała mnie stamtąd zabrać. Byłam załamana. Jak ja będę jeździć do pracy?! Podobno naprawa auta ma potrwać do poniedziałku. Straszne. Dlaczego akurat teraz?! Cholerne szczęście!
   Przyjaciółka pomogła zabrać mi wszystkie niezbędne rzeczy z samochodu i przełożyła do swojego. Usiadłam na miejscu pasażera i załamałam ręce.
- Ej... nie przejmuj się! To tylko kilka dni. Chyba nie będziesz rozpaczać z powodu samochodu? Nie, no błagam cię. Tylko faceci tak robią. Pamiętasz Romka? Ten to kochał swoje zabaweczki. Kiedy jego ukochany wózek zepsuł się, nie był w stanie o niczym innym myśleć. Ani o mnie, ani o pracy. O mały włos, a straciłby i jedno, i drugie! No... a tak przynajmniej zachował pracę. Możesz się pocieszyć, że byłaś zajebista w tym radiu! Masz talent!
- Dzięki- wydukałam spod przymkniętych z bezradności powiek
- Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. I tych pozytywnych, i tych negatywnych. Może chcesz zaszaleć?- zaproponowała
- Nie, nie... no coś ty. Przyjechali moi rodzice i muszę się nimi zająć.- poinformowałam ją
- O! Państwo Iga i Ignacy Jantarowie na pokładzie? To, co młoda panna Dunin (moje nazwisko; panieńskie mojej mamy) znów pod czujnym okiem opiekunów?- zażartowała
- Już nie mogę się doczekać, aż odrośnie im pępowina. Im wystarcza na to kilka sekund, a mi, żeby ją odciąć potrzeba o wiele więcej czasu...
- Tak ci się to podoba?
- Nie. Po prostu nie chcą mnie zostawić- wyjaśniłam
- Ach! No przecież...- dodała, uśmiechając się
   Dotarłyśmy na miejsce. Zapraszałam Lenkę na obiad, ale ona wymigała się jakimś służbowym spotkaniem. Podejrzewałam, że to prędzej obecność jej niedoszłych teściów i Pawła wywołała to pojawienie się wcześniej nieobecnych w zachowaniu mojej przyjaciółki, skrupułów. Weszłam do mieszkania, ale panowała tam zupełna cisza. Nawet Apollo mnie nie przywitał. Zdziwił mnie ten obrót sprawy. Wcześniej zostałabym otoczona przez rodziców i pupila, a tymczasem... nic. W salonie i kuchni pusto. Może gdzie wyszli. Nagle, z góry zaczęły zlatywać na mnie fragmenty kolorowego konfetti. Spojrzałam w górę. Stał tam Paweł z rodzicami, Anią i małą Zuzką. Dookoła latały pozostałości po tym "ataku". Apollo zbiegł po schodach i dał psiego całusa w policzek. Rodzina była w komplecie... no, niezupełnie, bo Lenka się wypięła, ale wszyscy gratulowali mi sukcesu. Mama po pewnym czasie wyjęła z piekarnika zapiekankę, a tata otworzył wino.
- Ale to przecież ja miałam zrobić wam obiad...- powiedziałam z nutką pretensji w głosie
- Nie pamiętam, żebyśmy się na coś podobnego umawiali, kochanie.- odparła mama- A gdzie Lena?- spytała po chwili
- Mamo, Lena... po prostu... ona...- plątałam się
- ... ale my nie mamy do niej o nic pretensji! I Pawuś też nie...- wytłumaczyła- I ona o tym wie, bo przecież rozmawiam z nią często, odkąd jej rodzice wyjechali do tej Hiszpanii i powierzyli nam opiekę nad córką.
- Lenka jest dorosła. A skoro to, co mówisz jest prawdą, znaczy, że to ważne spotkanie właśnie się teraz odbywa. Nie martwcie się. Jak ją znam, to wpadnie wieczorem bez zapowiedzi.
- A jak tam samochód?- zainteresował się Paweł
- Już wam mówiłam. W poniedziałek do odbioru. Sama nie wiem, co tam dokładnie się zepsuło...
   Zaraz po obiedzie Anna i Paweł musieli wracać do domu. Tak jak przypuszczałam, Lenka odwiedziła nas wieczorem. Musiała sama jeszcze raz tłumaczyć mamie, że powodem, dla którego nie mogła być obecna na obiedzie było spotkanie służbowe, a nie jej już dawno zakończony związek z moim bratem. Zaproponowałam jej, żeby została z nami na noc, na co natychmiast się zgodziła, nie ukrywając radości. Jak zwykle, kiedy u mnie nocowała, ulokowała się razem ze mną w mojej sypialni. Wiedziałam, że możemy zapomnieć o spaniu. Plotkowanie czaiło się w każdym kącie pokoju.
- Lenka! Zwariowałaś!- krzyknęłam, kiedy wparowała do sypialni z butelką szampana w ręce
- No co?! Jestem sama dla siebie szefową i nie muszę jutro pokazywać się w galerii.
- Za to ja mam obowiązek stawić się w redakcji jako trzeźwa dziennikarka. Poza tym będę odpisywała cały dzień na listy czytelników, a alkohol mi w tym nie pomoże...
- Wręcz przeciwnie! Nabierzesz pewności siebie. Twoje odpowiedzi od razu staną się bardziej błyskotliwe!
- A do tej pory nie były?- spytałam, prawie krzycząc
- Cicho! Obudzisz swoich rodziców! Przecież drażnię się z tobą, głupia...
- Aha. Dobrze wiedzieć.
- Już nieważne. Słuchaj. Ten facet jest obłędny! To właśnie z nim miałam to spotkanie. Artysta, malarz i fotograf w jednym! Zaproponował mi sesję- powiedziała z ekscytacją w głosie
- I niech zgadnę... rozbieraną, tak?
- A żebyś wiedziała. Akty to teraz najbardziej pożądane dzieła sztuki. Nie rób takiej miny...
- Błagam cię, Lenka, opanujże się!
- On jest profesjonalistą, a i ja nie podchodzę do tego zbyt... osobiście.
- Przestań tak kluczyć. Mów wprost. Podoba ci się ten "artysta"?- zapytałam, kładąc nacisk na ostatni wyraz
- Oj tam! No... masz mnie! Kurde... on jest taki nieziemski!
- Jak każdy facet z planety zwanej Marsem.
- Wiesz co?! Spadaj! Nie chcesz słuchać tego, co mam do powiedzenia, to lepiej od razu iść spać!- krzyknęła obrażona
- Przepraszam. Spokojnie. Kocham cię jak siostrę- dodałam po chwili
- I myślisz, że tym miłosnym wyznaniem uda ci się coś wskórać?
Patrzyłam na nią błagalnym spojrzeniem. Wiedziałam, że to zadziała.
- No, proszę! Dlaczego tak łatwo ulegam?
- Bo ty też mnie kochasz, dlatego.- odrzekłam z uśmiechem
Oczywiście, tak jak podejrzewałam, reszta nocy zeszła nam na plotach. Jak ten czas szybko mija? Prawie nie zauważyłam, kiedy zaczęło świtać. Pięknie, pójdę do pracy niewyspana i dam naczelnemu kolejny powód do sprzeczki. A może wykorzystam to jako argument przeważający szalę na moją stronę? Niewyspanie oznaką ciężkiej pracy.
   Kiedy wyszłyśmy z domu, rodzice jeszcze spali. W tym momencie zazdrościłam im emerytury. Też chciałabym móc się wyspać! Lenka, ja cię kiedyś uduszę poduszką!- pomyślałam, wsiadając zaspana do samochodu Lenki, która miała mnie odwieźć do pracy.
   W redakcji jak zwykle panował harmider. Zbliżał się jubileusz gazety i naczelny ścigał wszystkich przed wydaniem kolejnego numeru. Widząc, jak traktuje tych, którzy oddali mu artykuły tuż przed terminem, cieszyłam się, że przekazałam mu swoje prace kilka dni wcześniej. Chciałam uniknąć rozmowy z nim, bo miałam odpowiadać na listy czytelników. Uciekłam czym prędzej do swojego boksu i wzięłam się do roboty. Niestety, nie udało mi się ukryć przed Karolem. Przyszedł do mnie "porozmawiać". Ciekawe o czym?
- Gratuluję świetnej audycji- wydukał
- Dzięki..- odpowiedziałam dość niepewnie- A to było na serio czy raczej można to zaliczyć pod nieudane zaintonowanie sarkazmu?
- Uwierz mi chociaż raz, bo mówię poważnie. Podobało mi się.
- W takim razie dziękuję... nie patrz tak na mnie... serio. Potrafię być dla ciebie miła.
- To może wybierzesz się ze mną na bankiet jubileuszowy?
- Powiedziałam, że potrafię być miła, a nie, że obdarzam miłosierdziem... sorry. Nie przesadzajmy. Kłótnie o wiele lepiej nam wychodzą, a ja wolę wszystko robić perfekcyjnie, a nie po łebkach, rozumiesz?
- Jasne. To cześć!- pożegnał się i wrócił do siebie
   Co się z tymi ludźmi wyprawia?! Nieważne... Bardziej zainteresowało mnie to, co przeczytałam w jednym z listów.
"Szanowna Redakcjo,
Zawsze marzyłem o tym, żeby spotkać kobietę, dzięki której mógłbym znowu poczuć, że żyję. Wychowywałem się w domu dziecka, dlatego trudno mi było kogokolwiek obdarzyć zaufaniem. Znalazłem ją, moją Joasię. I wszystko byłoby dobrze, gdyby to uczucie było prawdziwe... Zostawiła mnie, mnie i naszego synka, kiedy mały miał dwa lata. Dziś nawet jej nie pamięta, a ja od kilku lat jestem po rozwodzie. Teraz czuję potrzebę odnalezienia kobiety, która potrafiłaby zrozumieć naszą historię i uszczęśliwić te zbłąkane serca. Tylko jedno pytanie: Czy to możliwe?"
Byłam zaskoczona. Jeszcze godzinę nad tym siedziałam i zastanawiałam się nad odpowiedzią. Postanowiłam zabrać pracę do domu. Do końca dnia nie zaznałam spokoju. Czy takie rzeczy zdarzają się w realnym świecie? Jeśli tak, to obraz mężczyzny jako jedynego potwora, runąłby natychmiast. Okazuje się, że kobiety również są okrutne.
   Do domu wracałam na piechotę. Chciałam przemyśleć kilka spraw. Zatrzymałam się w parku, usiadłam na ławeczce i obserwowałam ludzi. Każde z nich ma swoją własną historię. Różnili się wiekiem, wyglądem i sposobem poruszania się. Przypatrując się wszelkim szczegółom, po pewnym czasie, sama zaczęłam układać opowieść o tych osobach. Starsza pani, nazywałaby się Róża i byłaby babcią pięciorga wnucząt, a w wolnym czasie robiłaby na drutach. Młode małżeństwo to Ada i Krzysiek, planują budowę domku na wsi oraz powiększenie rodziny. Mężczyzna, który szedł alejkami wolnym krokiem z rękoma w kieszeniach, on facet około lat trzydziestu i... o mój Boże! To ten Antek. Nie wiem, co się ze mną stało. Spanikowałam. Chwyciłam za leżącą obok torbę i ruszyłam w kierunku domu. Przyspieszyłam kroku. Nagle, ktoś powiedział:
- Halo, przepraszam, proszę pani!- wiedziałam...
- Dzień dobry!- powiedziałam tylko
- Dzień dobry... spacer?- zagadał
- Tak jakby- odparłam
- Ja właśnie wracam z pracy, ciężki dzień.
- Ciężkie życie
- Najwidoczniej. Przepraszam, że pytam, ale... czy coś się stało?
- Nic. Teraz to ja przepraszam, ale trochę mi się spieszy...
- Znowu? I po raz kolejny ucieka.- odrzekł z nutką żalu
- Jeszcze raz przepraszam.
Do domu dotarłam dość szybko i zaraz po zjedzeniu obiadu, długiej rozmowie i obfitej kolacji, zasiadłam przed komputerem, aby odpisać czytelnikowi. W głowie wciąż miałam pustkę.
"Drogi Czytelniku,
Często zdarza się tak, że tracimy nadzieję, bo życie dało nam w kość. Na sercu jest wtedy wiele ran, ale zarówno w tym, jak i w innych przypadkach najlepszym lekarzem jest czas i tylko od pana zależy, kiedy dojdzie pan do siebie, a pamiątki po dawnych <<wojażach>> zabliźnią się, będąc jedynie swego rodzaju nauczką. A oto odpowiedź na pana pytanie: tak, to możliwe. W życiu dostajemy tyle szans, ile nam potrzeba, tylko musimy umieć je dostrzegać i właściwie wykorzystywać. Powodzenia!
W imieniu redakcji
Hanka"
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz