Spytajcie mnie, czy wierzę w sprawiedliwość. Odpowiedź jest prosta. NIE. Bo jak ktoś, kogo porzucono bez żadnego konkretnego powodu może w nią wierzyć?! Tak, tata nas zostawił. Nigdy go nie widziałam, ponieważ najwyraźniej nie chciał uczestniczyć w moim życiu. Moim ojcem stał się Ignaś, mąż mojej mamy. Ignaś miał syna z poprzedniego małżeństwa. Paweł jest ode mnie starszy o cztery lata i zamieszkał z nami zaraz po ślubie naszych rodziców. Jego mama również nie sprostała macierzyńskim zadaniom i uciekła do Londynu ze swoim nowym partnerem. Zawsze nazywaliśmy się parą porzuconych cudaków. Paweł obiecał, że będzie się mną opiekował, kiedy już wyjadę z domu na studia do Warszawy, gdzie sam się uczył. Problem w tym, że tak bardzo spodobała mu się rola nachalnego starszego brata, iż nie odstępował mnie na krok. Przez pierwszy miesiąc, rzecz jasna. Potem zakochał się, skończył studia i stał się najpopularniejszym kardiochirurgiem w kraju. No, może nieco przesadziłam- w mieście. Rok temu wziął ślub z Anną. Wspaniała kobieta. Jestem niezmiernie szczęśliwa, że mój brat ma kogoś takiego jak ona. A! Mają prześliczną córeczkę Zuzię. Oczywiście jestem jej chrzestną.
Co się dzieje teraz? Teraz mam dwadzieścia pięć lat i zajmuję się swoją dziennikarską pracą. Niestety, w naszej stolicy niezwykle trudno jest się przebić, dlatego mój kochany brat zaproponował, że załatwi mi jakąś "dobrze płatną fuchę". Ja jednak wolałam samodzielnie się o to postarać. I udało mi się! Po napisaniu próbnego reportażu dostałam się do zespołu redakcyjnego w "Harmonii Życia". Zajmuję się różnymi rzeczami: od felietonów po wywiady.
Dużo piszę o pracy. Wiem... ten pracoholizm. Tylko że moje życie prywatne jest tak kolorowe i zapełnione jak sklepy w czasach PRL-u. Paweł stwierdził, że mam jakiś nieuleczalny uraz do facetów przez to, co zrobił mi mój biologiczny ojciec. Powiedział też, że jestem niezwykle ciężkim przypadkiem i potrzebuję terapii.
***
Dzięki Bogu, że posiadam własny samochód! W tym zatłoczonym mieście jest gorzej niż w mrowisku. Wiedziałam, że jeszcze chwila, a spóźnię się do pracy. No, to naczelny będzie miał używanie. Nie, no... nie dam mu tej satysfakcji. Co się tam dzieje? Skąd ten korek? Różne myślii chodziły mi po głowie. Zaczęłam sobie wyobrażać jakiś straszny wypadek z udziałem co najmniej dwóch ciężarówek, ale moja głowa nie najlepiej to zniosła.
- Proszę pani, przepraszam, proszę pani!- zaczepił mnie jakiś człowiek
- Tak? O co chodzi?- spytałam
- Dzień dobry! Tam strasny wypadek, strasny!- zauważyłam, że mężczyzna nie jest Polakiem i urodą przypominał Francuza, a jego pochodzenie zdradzał zwłaszcza charakterystyczny akcent.- Pardon, ale tam nie wiedzą, co robić, a pani brat lekarz, ja pamiętam panią, pani była jak mnie badał w czwartku.- a jednak- Francuz
- A tak! Rzeczywiście pamiętam pana... ale ja nie rozumiem. Nie wezwali karetki?- zdziwiłam się
- Przez ten gorąc duża ludziów mdlewa. I korek się nie cisną.
- Ale to niemożliwe. Tyle szpitali i żadnej karetki?!
- Pani do on dzwoni.
Wyjęłam z torebki telefon i wybrałam odpowiedni numer. Włączyła się poczta. Najwyraźniej miał jakąś operację.
- Niestety nie mogę się do niego dodzwonić.
- Pani wysiąść.
- No dobrze, ale nadal nie bardzo rozumiem...
Wysiadłam z samochodu i wtedy miałam lepszy widok. No tak! To była jedna ze scen do tego nowego filmu akcji. Francuz najwyraźniej nie zrozumiał. Nagle poczułam, że coś jest nie tak. Francuzik mnie wykiwał! Okazało się, że reżyser potrzebował jakiejś sceny na uboczu i wykorzystał początkującego, zagranicznego aktora do zrobienia pożądanego ujęcia.
- To co?! Miałam tylko wysiąść z auta? I nie mógł pan poprosić kogoś innego?!- pytałam z krzykiem
- Najmocniej przepraszam, ale taka... moja rola, można rzec.- odpowiedział z głupawym uśmiechem na twarzy
- A po polsku też pan umie dobrze mówić? Hy... Do wiedzenia! Pojadę okrężną drogą.
Odwróciłam się na pięcie i wsiadłam do samochodu, trzaskając drzwiczkami. Dziesięć minut później byłam już w biurowcu i szłam w kierunku swojego boksu.
- No proszę, proszę... kogo my tu mamy? Spóźniłaś się.- usłyszałam za plecami
- I co? Wylejesz mnie za to, że jestem w pracy o ósmej pięć, a nie o ósmej zero zero?- zapytałam nieco sarkastycznie
- Hehehe- zaśmiał się- Oczywiście, że nie. Panienka coś nie w humorze? Masz jakiś pomysł na artykuł?- zapytał
- Tak. "Jak często jest się wykorzystywanym przez zagranicznych palanto-aktorów".
- Długi tytuł. Posłuchaj...
- Czego ja mam znowu posłuchać?!- oburzyłam się, rozpakowując swoje rzeczy i szybko odwróciłam w stronę naczelnego-bezczelnego. Mój błąd. Obok Karola stał przedstawiciel naszego radia- Pan Max Marccelli, Włoch o polskich korzeniach. A może Polak z włoskimi? W każdym razie świetnie włada dwoma językami.
- Najmocniej przepraszam- wydusiłam z trudem
- Nic się nie stało. Zły dzień, rozumiem. Możemy porozmawiać?
- Ja z panem?
- Tak. Ja i pani. Zapraszam do gabinetu naczelnego. Nie masz nic przeciwko, prawda?- zwrócił się do podirytowanego Karola. Najwidoczniej ten myślał, że dostanę od Włocha reprymendę.
Dwie minuty później siedzieliśmy już na wygodnych krzesłach w eleganckim pokoju, świadczącym o guście naszego naczelnego. Bywałam tu tak często, że nie dziwiły mnie już nawet jego zdjęcia z dzieciństwa powywieszane na ścianach, co przemawiało jedynie za jego wygórowanym poczuciem wyższości oraz brakiem tak cennej skromności.
- Chodzi o to, że mam dla pani propozycję. - zaczął
- A zatem słucham...
- Miałaby pani ochotę poprowadzić nasze czwartkowe audycje? Dokładnie od dziewiątej rano do jedenastej.
- Jestem zaskoczona... Taaak, jak najbardziej tak!- wykrzyczałam z radości i bez najmniejszego zawahania
- W takim układzie cieszę się i do zobaczenia za tydzień.- rzucił na odchodnym- A... i pisze pani naprawdę świetne teksty. Prawdziwy talent.- pochwalił
- Dziękuję, do widzenia.
Ten dzień był trochę inny niż poprzednie. Byłam tak naładowana pozytywną energią, że nawet te irytujące uwagi naczelnego mogłam znosić z anielską cierpliwością.
Po napisaniu felietonu i autoryzacji wywiadu był najwyższy czas, żeby wrócić do domu. Wybiegłam z biurowca i natychmiast wsiadłam do samochodu. Po drodze wstąpiłam jeszcze do marketu, żeby uzupełnić zapasy w lodówce. A tak, karma dla psa! Mój drogi Apollo, dalmatyńczyk, zapewne z utęsknieniem czeka na swoją codzienną porcję zdrowej żywności.
Osiedle, na którym mieszkam składa się z kilku bloków. Każde z mieszkań ma parter i piętro, a moje dodatkowo taras przy kuchni i salonie. Mieszkam na samym dole- dzięki Bogu!!! Mam lęk wysokości i naprawdę nie byłabym w stanie dłużej wytrzymać na którymkolwiek z pięter. A tak posiadam piękny kawałek ogródka z altanką i balkon, gdzie nikt prócz mnie nie ma dostępu, a nawet wścibscy sąsiedzi pozbawieni są możliwości podglądania mojej posiadłości, ponieważ ich balkony znajdują się po drugiej stronie bloku. Uwielbiam panią Malwinę! Jest dozorczynią i codziennie mnie odwiedza. To najmilsza staruszka i najbardziej żwawa, jaką kiedykolwiek spotkałam. Zastępuje mi babcię, której nigdy nie dane mi było poznać.
Jak wygląda moje królestwo? Otóż, wchodząc do niego po kamiennej ścieżce można rozkoszować się pięknym widokiem popołudniowego słońca, którego promienie odbijają się od marmurowych części bloku. Drzwi wejściowe są proste: białe, drewniane. Salon połączony jest z kuchnią. Po prawej stronie znajdują się schody z jasnego drewna, które prowadzą na górę. Północna ściana parteru jest oszklona, aby mieć lepszy dostęp do tarasu, natomiast część z kuchnią od trzech stron otacza biała ściana- no tak- dominacja białego. Kocham tam gotować! Kiedy coś pichcę zawsze mogę wyjrzeć przez okienko i obserwować Apolla, śmigającego po ogródku. Meble w kuchni są dla odmiany nieco ciemniejsze, natomiast w salonie... jasne. Biała kanapa, szklany stoliczek, dużo regałów z książkami i oczywiście plazma, bez której nie mogłabym się obejść. Góra... hmmm... Mam stamtąd widok na parter, co bardzo mi się podoba. Mój pokój, jednak znajduje się na dole, ale opis mojej oazy spokoju zostawię na potem. Na piętrze są trzy pokoje gościnne i jedna łazienka. Rzecz jasna na dole mam jedną łazienkę, do której wchodzi się od sypialni i toaletę dla ewentualnych przybyszów. Trochę mi wstyd, ale czasem nie jestem w stanie dokładnie opisać swojego ogrodu, biorąc pod uwagę fakt, iż nie umiem właściwie rozpoznawać nazw kwiatów, krzewów i drzew tam rosnących. Ujmę to zatem jednym słowem, doskonale oddającym jego charakter: RAJ. A sypialnia? Kremowe ściany, podłoga z jasnego drewna, olbrzymie łóżko z miękką pościelą w kwiaty, biurko, krzesło, szafa i... wejście na taras. Dzięki tej dostępności do natury codziennie rano budzę się wypoczęta i pierwszą rzeczą, która stała się już nieodłączną częścią rytuału jest rozciąganie się w ogródku i oddawanie przyjemnościom, jakie daje uczucie świeżego powietrza w nozdrzach.
Zaraz po wejściu do domu postanowiłam wybrać się na mały spacer z Apollem po osiedlowym parku. Pies tak bardzo się ucieszył na mój widok, że zaczął skakać po mnie z wielkim zapałem.
- Hej! Bo zaraz mnie przewrócisz, szaleńcu!- powiedziałam, głaszcząc zwierzaka
Pięć minut później maszerowaliśmy alejkami. Oczywiście nie obyło się bez aportowania i biegania. Ten futrzak sprawił, że zaczęłam czuć się naprawdę zmęczona, toteż natychmiast wróciliśmy do domu.
Słońce jeszcze nie zaszło całkowicie, kiedy wróciliśmy na miejsce. Nakarmiłam Apolla i sama poszłam wziąć prysznic. Po tej chwili relaksu mój spokój szybko został zakłócony przez dźwięk telefonu komórkowego. To był Paweł. Ciekawe, co też mogło się stać?
- Tak, braciszku...- zaczęłam
- Posłuchaj, bo jest taka sprawa. Haniu, mogłabyś zająć się dzisiaj Zuzią? Ja mam całonocny dyżur, a i Annie kazali zostać w pracy. Czy mała może u ciebie..
- ... nocować? Jasne, że tak! Jutro mam wolne, także spokojnie. Damy radę.- odpowiedziałam bez namysłu
- Uff.... kochana jesteś, wiesz? To my zaraz będziemy
Nie zdążyłam jeszcze się rozłączyć, jak tylko usłyszałam dzwonek do drzwi. Zastanowiło mnie to bardzo.
No tak! U progu stała Anna z małą Zuzką na rękach, a za nimi szedł mój brat, pchający wózek. Nie mogłam opanować śmiechu. Ta sytuacja wydała mi się bardzo zabawną. Paweł przyprowadził wózek na środek korytarza i wręczył mi kilka drobiazgów potrzebnych do opieki nad małym dzieckiem. Przytuliłam małą mocno i dałam jej całusa w czółko za co otrzymałam słodki uśmiech. Wypędziłam jej rodziców z mojego królestwa, żeby dłużej nie przeciągać tego rozstania. Postanowiłam włączyć muzykę, przy której moja bratanica natychmiast przestawała markotnieć. Nagle przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł! W związku z tym, iż dostałam parę dni wolnego miałam wreszcie okazję zaprosić swoją przyjaciółkę na dłuższe posiedzenie. W głowie mnożyły mi się wizje smakołyków, które mogłabym przyrządzić. Zostało już tylko zadzwonić do Leny. Podejrzewałam, iż o tej porze grasuje zapewne po sklepie spożywczym w poszukiwaniu czegoś, co zaspokoiłoby jej apetyt. Swoją drogą, jak na takiego obżartucha, jest dość szczupłą kobietką. Chociaż często bywa na siłowni... w sumie, nie ma się co dziwić. Za to facetów zmienia jak rękawiczki. Nawet nie pamiętam imion wszystkich jej ofiar. Tak, przyznaję, pierwszy raz w życiu zrobiło mi się szkoda tej płci i udało mi się choć na chwilę schować swoje mizoandryczne poglądy. Wyciągnęłam telefon z kieszeni szlafroka i napisałam krótkiego SMS-a w pełni oddającego moje postanowienia względem jutrzejszego wieczoru, a już kilka sekund później otrzymałam odpowiedź: "Wariatka jesteś, wiesz? Ale świetnie, że się w końcu spotkamy na lampkę, no może na kilka buteleczek, dobrego winka. Do zobaczonka".
Nastała noc. Zuzia spała smacznie w swoim wózeczku nieopodal mojego łóżka. Było tak spokojnie, aż do chwili... Usłyszałam tylko stukanie do drzwi. Ktoś walił w nie z siłą właściwą dziecku. Od razu się domyśliłam, że to pewnie Kacper, syn sąsiadów. Natychmiast wstałam i pobiegłam mu otworzyć. Nie myliłam się, u progu stał mały łobuziak, który czmychnął niepostrzeżenie w kierunku mojej sypialni, gdzie usadowił się wygodnie na łóżku. Jego zachowanie nie dziwiło mnie już od pewnego czasu. Chłopiec miał bardzo zapracowanych rodziców i kiedy niania zasypiała, on odkluczał drzwi i zmykał do mnie. Jego rodzice byli tego świadomi i wiedzieli, że nie sprawia mi to żadnego kłopotu. Kiedy weszłam do pokoju, sześciolatek leżał pod kołdrą, wpatrując się ze zdziwieniem w wózek.
- A kto to?- zapytał z zaciekawieniem
- Moja bratanica, Zuzia. Śpi słodko, a teraz i ty już zmruż oczka, dobrze?
- Ok. Dobranoc, Niusiu.
Niusia. Tylko on mnie tak nazywał. To skrót od Haniusia. Kacperek lubił, kiedy mu gotowałam lub czytałam na dobranoc. Tym razem zmuszona zostałam jedynie do całusa w nosek i krótkiego utulenia.
Noc minęła spokojnie i bez większych przygód. Zuzia obudziła się dopiero o ósmej, kiedy to zdążyłam już przygotować śniadanie. Dopijając poranną kawę i czytając gazetę doznałam jednego z najprzyjemniejszych uczuć słodyczy. Moim oczom ukazał się nieziemski widok. Mały Kacperek pchał wózek z Zuzią w moim kierunku, twierdząc, iż należy nakarmić "jego księżniczkę". Wyjęłam z lodówki mleko, które szybko podgrzałam i po sprawdzeniu temperatury zaczęłam karmić dziecko. Kacperek jadł swoją sałatkę owocową i popijał sokiem pomarańczowym przy okazji wpatrując się w telewizor. Błoga cisza nie trwała długo. Do mieszkania wparowała Lena, wypominając mi, że zapomniałam zakluczyć domu.
- Czyś ty do reszty oszalała?!- krzyknęła i dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że jestem w otoczeniu maluchów, a jej zachowanie wydało się nieco nie na miejscu w tej sytuacji.
- Ja również się cieszę, że cię widzę- odpowiedziałam
- Oho, Matka- Polka w pełnej krasie, co? Cześć maluchy!
- Nie żartuj sobie, bardzo cię proszę. Rodzice Kacperka pracują, więc...
- ... mały się schronił pod opiekuńczymi skrzydłami Niusi, wiem, wiem. A Zuzka? Czy obecność dzieci nie przekreśla naszych planów na wieczór?
- Moja droga, jak sama powiedziałaś, są to "plany na wieczór", a teraz jest prawie dziewiąta rano.
- No dobrze już. Uuuu... co my tu mamy pysznego? Sałatka owocowa i sok ze świeżych pomarańczy. Ten to ma dobrze. Wzięłam wolne na jutro, także możemy sobie dzisiaj spokojnie zaszaleć!- krzyknęła z typową dla siebie euforią
- "Spokojnie zaszaleć"? Nie sądzisz, że z tym oksymoronem, to już lekkie przegięcie, kochana?- zażartowałam
- Hahahaha- zaśmiała się sarkastycznie- Dobra, ja lecę do mojej "Fabryki marzeń", pa!- pożegnała się i już jej nie było.
Lenka jest właścicielką galerii, w której praktycznie co tydzień mają miejsce jakieś wernisaże. Zarabia mnóstwo kasy i równie szybko, jak ją zdobywa, tak ją przepuszcza. Poznałyśmy się jeszcze w naszym ukochanym rodzinnym miasteczku. Chodziłyśmy do jednej klasy liceum i zawsze tworzyłyśmy dość niekonwencjonalną parę przyjaciółek: "rozważna i szalona", choć w rzeczywistości obie po dziś dzień mamy nierówno pod sufitem. Zostało nam to z czasów "wczesnego etapu wybryków z lat szumnej młodości".
Zaraz po dokończeniu pysznego śniadania poszłam z maluchami i Apollem do parku, żeby skorzystać ze słonecznego dnia. Siedząc na swojej ulubionej ławeczce, patrzyłam na zabawę Kacperka z dalmatyńczykiem. Niespodziewanie dołączył do mnie mój kolega, Artur.
- Hej... nie wiedziałem, że masz dzieci. Męża?- zawahał się
- No, popatrz! Jak to się ludzie nie znają...- zażartowałam
- A naczelny o tym wie?- spytał dość poważnym tonem
- Oczywiście. Ja Karolowi o wszystkim mówię. Nie ma rzeczy, której by o mnie nie wiedział
- Aha...
- Ej! Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to nieprawda, tak?
- Ufff... Bo już myślałem, że nie będę mógł cię poderwać
- I tak nie możesz. Zapamiętaj to sobie.
- Nie dostanę nawet takiego małego całusa?
- Co najwyżej kopniaka na szczęście w poszukiwaniu innej ofiary, dobra?
- Hahaha. Posiedzieć tu z tobą?- zaproponował
- Jak widzisz świetnie sobie sama radzę.- odpowiedziałam bez namysłu
- Rozumiem, że mam zniknąć?
- Ależ skąd. Ty o sobie decydujesz, a nie ja.
- Mądrala. I tak muszę lecieć, bo w przeciwieństwie do niektórych pracowników, inni muszą ciężko harować. Dobrze, że wzięłaś ten urlop.- dodał po chwili
- Hm... musiałam. Szef kazał.
- No tak. Słowo szefa jest święte. A wystarczyło posłuchać kolegów. Na razie!- pożegnał się i zniknął wśród tłumu przechodniów.
Artur. Facet o nieskazitelnej jasnej cerze, długich blond lokach i niebieskich oczach. Zawsze dobrze ubrany, elegancki. Bardzo dobrze wychowany, dowcipny, pełen entuzjazmu i przede wszystkim działa społecznie. Tak jak ja bierze udział w corocznych zbiórkach żywności i odzieży dla ludzi potrzebujących i jest współpracownikiem tej samej fundacji: Help4All. Doceniam jego starania, naprawdę, ale mogę zaoferować mu jedynie przyjaźń.
Po półgodzinnym spacerze alejkami, wróciliśmy do domu, gdzie czekała na nas niespodzianka. Równocześnie z rodzicami Kacperka przyjechał mój brat z Anną. Proponowałam herbatę i kawę, ale na poczęstunek przystał jedynie Paweł, gdyż Anna chciała, żebym pobyła trochę z jej mężem sam na sam. Uwielbiam jej intuicję! Tak strasznie stęskniłam się za tymi naszymi pogaduchami!!! Zapowiadało się wspaniałe popołudnie!
- To co? Kawka, herbatka?
- Kaweczka!- usłyszałam z salonu
Stojąc przy ekspresie, pomyślałam, że mogłabym ugotować chłopakowi coś pysznego na obiad. Był padnięty po nocnym dyżurze.
- A co powiesz na makaron w sosie serowym z odrobinką zieleninki?- spytałam
- Wspaniale! Już do ciebie idę. Kocham to twoje zdrabnianie wszystkich słów. Od razu przypomina mi się nasz rodzinny dom i mama, która zawsze robiła wszystko, żeby zwracać się do nas jeszcze bardziej pieszczotliwie.
Od dziecka lubiliśmy coś razem pichcić. Chociaż zazwyczaj wyglądało to tak, że ja gotowałam, a on tylko patrzył na mnie i podjadał składniki. I tym razem musiałam mu dać po łapach.
- Ej! Nie jesteś już małym chłopcem!- pouczyłam go
- Racja. Teraz jestem.... dużym chłopcem!- krzyknął i zaczął mnie łaskotać
- Nie przesadzaj! Lepiej utrzyj ser.
- Utrę to ja tobie nosa...- powiedział cicho
Danie, którego przygotowanie zajmowało mi zwykle paręnaście minut, teraz trwało prawie godzinę. Gdy siedzieliśmy już przy stole, powiedziałam:
- Z tobą tak zawsze. Wszystko mi, Pawełku, opóźniasz...- zaśmiałam się
- Bardzo zabawne, Haniu.
Rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Było tak cudownie, że prawie zapomniałam o moim wieczorku z Leną. Jednak ona sama się o to upomniała. Na szczęście zdążyłam włożyć kaczkę do pieca i ulepić kluski.
- Hanka! Ty jesteś rąbnięta!- stwierdziła moja przyjaciółka, wparowując do mieszkania- Ooo... Cześć Paweł!- przywitała się z nim, całując brata w policzek
- Miło cię wiedzieć, Lenka. To ja już spadam. Anna czeka z małą. Dziękuję za pyszny obiad i do zobaczenia.- pożegnał się i wyszedł.
- Co on jakiś nie w sosie? Otrułaś go?
- Haha! Ja?! Ja go miałam otruć? Nie... Zresztą dziwisz mu się? Przylatujesz tu, gdyby nigdy nic i całujesz go na powitanie... Lena, to wciąż boli.
- Ojej... myślisz? Ale to już dwa lata, jak dałam mu kosza.
- Swoją drogą, nie rozumiem cię.
- Zawsze będziesz go bronić, bo to twój brat. A ja znam ten typ faceta. Zakochuje się, chce założyć rodzinę itd.
- Co w tym złego?
- Jestem młoda, chcę się wyszumieć. A poza tym ty też nie zaliczasz się do grona entuzjastek małżeństwa i rodziny, więc skąd ten atak na mnie?
- To nie był atak!
- Widzisz! Znowu krzyczysz. Ja nie wiem, czy to był dobry pomysł, żebym ja tutaj przychodziła.
- Nie, ej, przepraszam, siadaj. Mam coś pysznego... zapomnij o Pawle. Tego tematu nie było, ok?
- No ok. To co tam masz?- zainteresowała się, pocierając ręce w geście ekscytacji
- Kaczka z żurawiną, jabłkami i kluseczki. A ty? Kupiłaś winko?- zapytałam udając groźną
- Nawet trzy butelki. No co?! Mózg lubi różnorodność. Białe, czerwone, różowe.
- Mózg lubi różnorodność, taaa... zwłaszcza wtedy, kiedy alkohol zabija szare komórki.
- Och! Przestań pouczać i się tak przejmować! Pełen luz. Kochaniutka, czeka nas fajna nocka.- zapowiedziała
- W to akurat nie wątpię.
Lenka i Paweł. Nieaktualny temat. Tych dwoje pasowało do siebie jak czekolada do żółtego sera. Kochali się, ale tylko przez chwilę. Może i na szczęście? Lenka- blondynka, krótkie, proste włosy, niebieskie oczy, znacznie wyższa ode mnie, wulkan energii, odważna, śmiała, miła, opiekuńcza, a do tego wariatka i flirciara. Paweł natomiast jest szatynem o ciemnych oczach, mężczyzna romantyczny, uczuciowy, miły, oddany, rodzinny, ciepły i niezwykle czarujący. Annie spodobał się od razu, gdy tylko po raz pierwszy zobaczyła go w szpitalu, jako początkująca pani dermatolog. Ta kobieta to przepiękna brunetka o granatowych oczach, sympatyczna, nieśmiała, kochająca i tak jak Paweł romantyczna. Ważne, by akceptować decyzje, podejmowane przez naszych bliskich, bo w ten sposób okazujemy im zrozumienie i wsparcie. Było ciężko, ale oswoiłam się z myślą, iż nie zawsze wszystko musi być tak, jak ja bym sobie tego życzyła.
Dwie minuty później siedzieliśmy już na wygodnych krzesłach w eleganckim pokoju, świadczącym o guście naszego naczelnego. Bywałam tu tak często, że nie dziwiły mnie już nawet jego zdjęcia z dzieciństwa powywieszane na ścianach, co przemawiało jedynie za jego wygórowanym poczuciem wyższości oraz brakiem tak cennej skromności.
- Chodzi o to, że mam dla pani propozycję. - zaczął
- A zatem słucham...
- Miałaby pani ochotę poprowadzić nasze czwartkowe audycje? Dokładnie od dziewiątej rano do jedenastej.
- Jestem zaskoczona... Taaak, jak najbardziej tak!- wykrzyczałam z radości i bez najmniejszego zawahania
- W takim układzie cieszę się i do zobaczenia za tydzień.- rzucił na odchodnym- A... i pisze pani naprawdę świetne teksty. Prawdziwy talent.- pochwalił
- Dziękuję, do widzenia.
Ten dzień był trochę inny niż poprzednie. Byłam tak naładowana pozytywną energią, że nawet te irytujące uwagi naczelnego mogłam znosić z anielską cierpliwością.
Po napisaniu felietonu i autoryzacji wywiadu był najwyższy czas, żeby wrócić do domu. Wybiegłam z biurowca i natychmiast wsiadłam do samochodu. Po drodze wstąpiłam jeszcze do marketu, żeby uzupełnić zapasy w lodówce. A tak, karma dla psa! Mój drogi Apollo, dalmatyńczyk, zapewne z utęsknieniem czeka na swoją codzienną porcję zdrowej żywności.
Osiedle, na którym mieszkam składa się z kilku bloków. Każde z mieszkań ma parter i piętro, a moje dodatkowo taras przy kuchni i salonie. Mieszkam na samym dole- dzięki Bogu!!! Mam lęk wysokości i naprawdę nie byłabym w stanie dłużej wytrzymać na którymkolwiek z pięter. A tak posiadam piękny kawałek ogródka z altanką i balkon, gdzie nikt prócz mnie nie ma dostępu, a nawet wścibscy sąsiedzi pozbawieni są możliwości podglądania mojej posiadłości, ponieważ ich balkony znajdują się po drugiej stronie bloku. Uwielbiam panią Malwinę! Jest dozorczynią i codziennie mnie odwiedza. To najmilsza staruszka i najbardziej żwawa, jaką kiedykolwiek spotkałam. Zastępuje mi babcię, której nigdy nie dane mi było poznać.
Jak wygląda moje królestwo? Otóż, wchodząc do niego po kamiennej ścieżce można rozkoszować się pięknym widokiem popołudniowego słońca, którego promienie odbijają się od marmurowych części bloku. Drzwi wejściowe są proste: białe, drewniane. Salon połączony jest z kuchnią. Po prawej stronie znajdują się schody z jasnego drewna, które prowadzą na górę. Północna ściana parteru jest oszklona, aby mieć lepszy dostęp do tarasu, natomiast część z kuchnią od trzech stron otacza biała ściana- no tak- dominacja białego. Kocham tam gotować! Kiedy coś pichcę zawsze mogę wyjrzeć przez okienko i obserwować Apolla, śmigającego po ogródku. Meble w kuchni są dla odmiany nieco ciemniejsze, natomiast w salonie... jasne. Biała kanapa, szklany stoliczek, dużo regałów z książkami i oczywiście plazma, bez której nie mogłabym się obejść. Góra... hmmm... Mam stamtąd widok na parter, co bardzo mi się podoba. Mój pokój, jednak znajduje się na dole, ale opis mojej oazy spokoju zostawię na potem. Na piętrze są trzy pokoje gościnne i jedna łazienka. Rzecz jasna na dole mam jedną łazienkę, do której wchodzi się od sypialni i toaletę dla ewentualnych przybyszów. Trochę mi wstyd, ale czasem nie jestem w stanie dokładnie opisać swojego ogrodu, biorąc pod uwagę fakt, iż nie umiem właściwie rozpoznawać nazw kwiatów, krzewów i drzew tam rosnących. Ujmę to zatem jednym słowem, doskonale oddającym jego charakter: RAJ. A sypialnia? Kremowe ściany, podłoga z jasnego drewna, olbrzymie łóżko z miękką pościelą w kwiaty, biurko, krzesło, szafa i... wejście na taras. Dzięki tej dostępności do natury codziennie rano budzę się wypoczęta i pierwszą rzeczą, która stała się już nieodłączną częścią rytuału jest rozciąganie się w ogródku i oddawanie przyjemnościom, jakie daje uczucie świeżego powietrza w nozdrzach.
Zaraz po wejściu do domu postanowiłam wybrać się na mały spacer z Apollem po osiedlowym parku. Pies tak bardzo się ucieszył na mój widok, że zaczął skakać po mnie z wielkim zapałem.
- Hej! Bo zaraz mnie przewrócisz, szaleńcu!- powiedziałam, głaszcząc zwierzaka
Pięć minut później maszerowaliśmy alejkami. Oczywiście nie obyło się bez aportowania i biegania. Ten futrzak sprawił, że zaczęłam czuć się naprawdę zmęczona, toteż natychmiast wróciliśmy do domu.
Słońce jeszcze nie zaszło całkowicie, kiedy wróciliśmy na miejsce. Nakarmiłam Apolla i sama poszłam wziąć prysznic. Po tej chwili relaksu mój spokój szybko został zakłócony przez dźwięk telefonu komórkowego. To był Paweł. Ciekawe, co też mogło się stać?
- Tak, braciszku...- zaczęłam
- Posłuchaj, bo jest taka sprawa. Haniu, mogłabyś zająć się dzisiaj Zuzią? Ja mam całonocny dyżur, a i Annie kazali zostać w pracy. Czy mała może u ciebie..
- ... nocować? Jasne, że tak! Jutro mam wolne, także spokojnie. Damy radę.- odpowiedziałam bez namysłu
- Uff.... kochana jesteś, wiesz? To my zaraz będziemy
Nie zdążyłam jeszcze się rozłączyć, jak tylko usłyszałam dzwonek do drzwi. Zastanowiło mnie to bardzo.
No tak! U progu stała Anna z małą Zuzką na rękach, a za nimi szedł mój brat, pchający wózek. Nie mogłam opanować śmiechu. Ta sytuacja wydała mi się bardzo zabawną. Paweł przyprowadził wózek na środek korytarza i wręczył mi kilka drobiazgów potrzebnych do opieki nad małym dzieckiem. Przytuliłam małą mocno i dałam jej całusa w czółko za co otrzymałam słodki uśmiech. Wypędziłam jej rodziców z mojego królestwa, żeby dłużej nie przeciągać tego rozstania. Postanowiłam włączyć muzykę, przy której moja bratanica natychmiast przestawała markotnieć. Nagle przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł! W związku z tym, iż dostałam parę dni wolnego miałam wreszcie okazję zaprosić swoją przyjaciółkę na dłuższe posiedzenie. W głowie mnożyły mi się wizje smakołyków, które mogłabym przyrządzić. Zostało już tylko zadzwonić do Leny. Podejrzewałam, iż o tej porze grasuje zapewne po sklepie spożywczym w poszukiwaniu czegoś, co zaspokoiłoby jej apetyt. Swoją drogą, jak na takiego obżartucha, jest dość szczupłą kobietką. Chociaż często bywa na siłowni... w sumie, nie ma się co dziwić. Za to facetów zmienia jak rękawiczki. Nawet nie pamiętam imion wszystkich jej ofiar. Tak, przyznaję, pierwszy raz w życiu zrobiło mi się szkoda tej płci i udało mi się choć na chwilę schować swoje mizoandryczne poglądy. Wyciągnęłam telefon z kieszeni szlafroka i napisałam krótkiego SMS-a w pełni oddającego moje postanowienia względem jutrzejszego wieczoru, a już kilka sekund później otrzymałam odpowiedź: "Wariatka jesteś, wiesz? Ale świetnie, że się w końcu spotkamy na lampkę, no może na kilka buteleczek, dobrego winka. Do zobaczonka".
Nastała noc. Zuzia spała smacznie w swoim wózeczku nieopodal mojego łóżka. Było tak spokojnie, aż do chwili... Usłyszałam tylko stukanie do drzwi. Ktoś walił w nie z siłą właściwą dziecku. Od razu się domyśliłam, że to pewnie Kacper, syn sąsiadów. Natychmiast wstałam i pobiegłam mu otworzyć. Nie myliłam się, u progu stał mały łobuziak, który czmychnął niepostrzeżenie w kierunku mojej sypialni, gdzie usadowił się wygodnie na łóżku. Jego zachowanie nie dziwiło mnie już od pewnego czasu. Chłopiec miał bardzo zapracowanych rodziców i kiedy niania zasypiała, on odkluczał drzwi i zmykał do mnie. Jego rodzice byli tego świadomi i wiedzieli, że nie sprawia mi to żadnego kłopotu. Kiedy weszłam do pokoju, sześciolatek leżał pod kołdrą, wpatrując się ze zdziwieniem w wózek.
- A kto to?- zapytał z zaciekawieniem
- Moja bratanica, Zuzia. Śpi słodko, a teraz i ty już zmruż oczka, dobrze?
- Ok. Dobranoc, Niusiu.
Niusia. Tylko on mnie tak nazywał. To skrót od Haniusia. Kacperek lubił, kiedy mu gotowałam lub czytałam na dobranoc. Tym razem zmuszona zostałam jedynie do całusa w nosek i krótkiego utulenia.
Noc minęła spokojnie i bez większych przygód. Zuzia obudziła się dopiero o ósmej, kiedy to zdążyłam już przygotować śniadanie. Dopijając poranną kawę i czytając gazetę doznałam jednego z najprzyjemniejszych uczuć słodyczy. Moim oczom ukazał się nieziemski widok. Mały Kacperek pchał wózek z Zuzią w moim kierunku, twierdząc, iż należy nakarmić "jego księżniczkę". Wyjęłam z lodówki mleko, które szybko podgrzałam i po sprawdzeniu temperatury zaczęłam karmić dziecko. Kacperek jadł swoją sałatkę owocową i popijał sokiem pomarańczowym przy okazji wpatrując się w telewizor. Błoga cisza nie trwała długo. Do mieszkania wparowała Lena, wypominając mi, że zapomniałam zakluczyć domu.
- Czyś ty do reszty oszalała?!- krzyknęła i dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że jestem w otoczeniu maluchów, a jej zachowanie wydało się nieco nie na miejscu w tej sytuacji.
- Ja również się cieszę, że cię widzę- odpowiedziałam
- Oho, Matka- Polka w pełnej krasie, co? Cześć maluchy!
- Nie żartuj sobie, bardzo cię proszę. Rodzice Kacperka pracują, więc...
- ... mały się schronił pod opiekuńczymi skrzydłami Niusi, wiem, wiem. A Zuzka? Czy obecność dzieci nie przekreśla naszych planów na wieczór?
- Moja droga, jak sama powiedziałaś, są to "plany na wieczór", a teraz jest prawie dziewiąta rano.
- No dobrze już. Uuuu... co my tu mamy pysznego? Sałatka owocowa i sok ze świeżych pomarańczy. Ten to ma dobrze. Wzięłam wolne na jutro, także możemy sobie dzisiaj spokojnie zaszaleć!- krzyknęła z typową dla siebie euforią
- "Spokojnie zaszaleć"? Nie sądzisz, że z tym oksymoronem, to już lekkie przegięcie, kochana?- zażartowałam
- Hahahaha- zaśmiała się sarkastycznie- Dobra, ja lecę do mojej "Fabryki marzeń", pa!- pożegnała się i już jej nie było.
Lenka jest właścicielką galerii, w której praktycznie co tydzień mają miejsce jakieś wernisaże. Zarabia mnóstwo kasy i równie szybko, jak ją zdobywa, tak ją przepuszcza. Poznałyśmy się jeszcze w naszym ukochanym rodzinnym miasteczku. Chodziłyśmy do jednej klasy liceum i zawsze tworzyłyśmy dość niekonwencjonalną parę przyjaciółek: "rozważna i szalona", choć w rzeczywistości obie po dziś dzień mamy nierówno pod sufitem. Zostało nam to z czasów "wczesnego etapu wybryków z lat szumnej młodości".
Zaraz po dokończeniu pysznego śniadania poszłam z maluchami i Apollem do parku, żeby skorzystać ze słonecznego dnia. Siedząc na swojej ulubionej ławeczce, patrzyłam na zabawę Kacperka z dalmatyńczykiem. Niespodziewanie dołączył do mnie mój kolega, Artur.
- Hej... nie wiedziałem, że masz dzieci. Męża?- zawahał się
- No, popatrz! Jak to się ludzie nie znają...- zażartowałam
- A naczelny o tym wie?- spytał dość poważnym tonem
- Oczywiście. Ja Karolowi o wszystkim mówię. Nie ma rzeczy, której by o mnie nie wiedział
- Aha...
- Ej! Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to nieprawda, tak?
- Ufff... Bo już myślałem, że nie będę mógł cię poderwać
- I tak nie możesz. Zapamiętaj to sobie.
- Nie dostanę nawet takiego małego całusa?
- Co najwyżej kopniaka na szczęście w poszukiwaniu innej ofiary, dobra?
- Hahaha. Posiedzieć tu z tobą?- zaproponował
- Jak widzisz świetnie sobie sama radzę.- odpowiedziałam bez namysłu
- Rozumiem, że mam zniknąć?
- Ależ skąd. Ty o sobie decydujesz, a nie ja.
- Mądrala. I tak muszę lecieć, bo w przeciwieństwie do niektórych pracowników, inni muszą ciężko harować. Dobrze, że wzięłaś ten urlop.- dodał po chwili
- Hm... musiałam. Szef kazał.
- No tak. Słowo szefa jest święte. A wystarczyło posłuchać kolegów. Na razie!- pożegnał się i zniknął wśród tłumu przechodniów.
Artur. Facet o nieskazitelnej jasnej cerze, długich blond lokach i niebieskich oczach. Zawsze dobrze ubrany, elegancki. Bardzo dobrze wychowany, dowcipny, pełen entuzjazmu i przede wszystkim działa społecznie. Tak jak ja bierze udział w corocznych zbiórkach żywności i odzieży dla ludzi potrzebujących i jest współpracownikiem tej samej fundacji: Help4All. Doceniam jego starania, naprawdę, ale mogę zaoferować mu jedynie przyjaźń.
Po półgodzinnym spacerze alejkami, wróciliśmy do domu, gdzie czekała na nas niespodzianka. Równocześnie z rodzicami Kacperka przyjechał mój brat z Anną. Proponowałam herbatę i kawę, ale na poczęstunek przystał jedynie Paweł, gdyż Anna chciała, żebym pobyła trochę z jej mężem sam na sam. Uwielbiam jej intuicję! Tak strasznie stęskniłam się za tymi naszymi pogaduchami!!! Zapowiadało się wspaniałe popołudnie!
- To co? Kawka, herbatka?
- Kaweczka!- usłyszałam z salonu
Stojąc przy ekspresie, pomyślałam, że mogłabym ugotować chłopakowi coś pysznego na obiad. Był padnięty po nocnym dyżurze.
- A co powiesz na makaron w sosie serowym z odrobinką zieleninki?- spytałam
- Wspaniale! Już do ciebie idę. Kocham to twoje zdrabnianie wszystkich słów. Od razu przypomina mi się nasz rodzinny dom i mama, która zawsze robiła wszystko, żeby zwracać się do nas jeszcze bardziej pieszczotliwie.
Od dziecka lubiliśmy coś razem pichcić. Chociaż zazwyczaj wyglądało to tak, że ja gotowałam, a on tylko patrzył na mnie i podjadał składniki. I tym razem musiałam mu dać po łapach.
- Ej! Nie jesteś już małym chłopcem!- pouczyłam go
- Racja. Teraz jestem.... dużym chłopcem!- krzyknął i zaczął mnie łaskotać
- Nie przesadzaj! Lepiej utrzyj ser.
- Utrę to ja tobie nosa...- powiedział cicho
Danie, którego przygotowanie zajmowało mi zwykle paręnaście minut, teraz trwało prawie godzinę. Gdy siedzieliśmy już przy stole, powiedziałam:
- Z tobą tak zawsze. Wszystko mi, Pawełku, opóźniasz...- zaśmiałam się
- Bardzo zabawne, Haniu.
Rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Było tak cudownie, że prawie zapomniałam o moim wieczorku z Leną. Jednak ona sama się o to upomniała. Na szczęście zdążyłam włożyć kaczkę do pieca i ulepić kluski.
- Hanka! Ty jesteś rąbnięta!- stwierdziła moja przyjaciółka, wparowując do mieszkania- Ooo... Cześć Paweł!- przywitała się z nim, całując brata w policzek
- Miło cię wiedzieć, Lenka. To ja już spadam. Anna czeka z małą. Dziękuję za pyszny obiad i do zobaczenia.- pożegnał się i wyszedł.
- Co on jakiś nie w sosie? Otrułaś go?
- Haha! Ja?! Ja go miałam otruć? Nie... Zresztą dziwisz mu się? Przylatujesz tu, gdyby nigdy nic i całujesz go na powitanie... Lena, to wciąż boli.
- Ojej... myślisz? Ale to już dwa lata, jak dałam mu kosza.
- Swoją drogą, nie rozumiem cię.
- Zawsze będziesz go bronić, bo to twój brat. A ja znam ten typ faceta. Zakochuje się, chce założyć rodzinę itd.
- Co w tym złego?
- Jestem młoda, chcę się wyszumieć. A poza tym ty też nie zaliczasz się do grona entuzjastek małżeństwa i rodziny, więc skąd ten atak na mnie?
- To nie był atak!
- Widzisz! Znowu krzyczysz. Ja nie wiem, czy to był dobry pomysł, żebym ja tutaj przychodziła.
- Nie, ej, przepraszam, siadaj. Mam coś pysznego... zapomnij o Pawle. Tego tematu nie było, ok?
- No ok. To co tam masz?- zainteresowała się, pocierając ręce w geście ekscytacji
- Kaczka z żurawiną, jabłkami i kluseczki. A ty? Kupiłaś winko?- zapytałam udając groźną
- Nawet trzy butelki. No co?! Mózg lubi różnorodność. Białe, czerwone, różowe.
- Mózg lubi różnorodność, taaa... zwłaszcza wtedy, kiedy alkohol zabija szare komórki.
- Och! Przestań pouczać i się tak przejmować! Pełen luz. Kochaniutka, czeka nas fajna nocka.- zapowiedziała
- W to akurat nie wątpię.
Lenka i Paweł. Nieaktualny temat. Tych dwoje pasowało do siebie jak czekolada do żółtego sera. Kochali się, ale tylko przez chwilę. Może i na szczęście? Lenka- blondynka, krótkie, proste włosy, niebieskie oczy, znacznie wyższa ode mnie, wulkan energii, odważna, śmiała, miła, opiekuńcza, a do tego wariatka i flirciara. Paweł natomiast jest szatynem o ciemnych oczach, mężczyzna romantyczny, uczuciowy, miły, oddany, rodzinny, ciepły i niezwykle czarujący. Annie spodobał się od razu, gdy tylko po raz pierwszy zobaczyła go w szpitalu, jako początkująca pani dermatolog. Ta kobieta to przepiękna brunetka o granatowych oczach, sympatyczna, nieśmiała, kochająca i tak jak Paweł romantyczna. Ważne, by akceptować decyzje, podejmowane przez naszych bliskich, bo w ten sposób okazujemy im zrozumienie i wsparcie. Było ciężko, ale oswoiłam się z myślą, iż nie zawsze wszystko musi być tak, jak ja bym sobie tego życzyła.
...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz