Ogłuszający dźwięk budzika zabrzęczał mi nad uchem. Wstałam z łóżka, zaczęłam się ubierać i już spieszyłam na śniadanie, kiedy uprzytomniłam sobie, że to "nasz dzień wolny przed wielkimi przygotowaniami do bankietu", który de facto miał odbyć się jutrzejszego dnia. Piątek zapowiadał się... upojnie. Zaplanowałam wizytę u kosmetyczki, fryzjerki, małe zakupy z Leną (która również weźmie udział w uroczystości- zaprosił ją ten artysta- okazał się być jednym z pracowników naszej gazety, dział "Sztuka Życia"), ale przedtem... spanie do dziesiątej.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie szuranie kapciami po podłodze przez moich ukochanych rodziców. A Apollo? Apollo też dawał się we znaki.
- Apollo! Złaź mi z łóżka! No już! Do ogrodu! Drzwi masz otwarte! Sio!!!- krzyknęłam, ale pies nie chciał dać za wygraną
- I ty Brutusie przeciwko mnie?! Apollo!
Dalmatyńczyk położył się na poduszce i patrzył mi w oczy, merdając ogonem.
- Spacer! Teraz? OK.
Z trudem zwlokłam się z łóżka. Na szczęście miałam na sobie dres, w który wskoczyłam nad ranem. Weszłam do salonu, gdzie rodzice siedzieli na kanapie, pijąc kawę i oglądając telewizję. Zdziwili się na mój widok. Myśleli, że już dawno siedzę w redakcji.
- Co tu tu robisz kochanie? Jeszcze nie w pracy?- zapytał tata
- Nie... muszę się przygotować do jubileuszowego bankietu.
- I w tym celu idziesz z psem na spacer.- stwierdził po trzymanej przeze mnie w dłoni smyczy
- Tak jakby. Zresztą... nieważne.- powiedziałam wymijająco i wyszłam z mieszkania.
Spacerowałam, tracąc poczucie czasu. Radość Apollo kontrastowała z moim nastrojem. Czułam rosnące we mnie napięcie. Czym jest to spowodowane? No tak! Lena będzie z tym swoim Waldemarem, a ja sama, samiuteńka wśród tłumu par... O mój Boże! Chyba po raz pierwszy w życiu zaczął doskwierać mi brak partnera. To straszne, dlaczego ja się tym w ogóle przejmuję? Nagle, Apollo wyrwał mi się z ręki, raniąc przy tym moją dłoń. Nie miałam pojęcia, gdzie ten pies pobiegł. Rozglądałam się dokoła.
Mój Apollo leżał u stóp staruszki, która głaskała futrzaka. Jakim cudem on się tam znalazł?
- Dzień dobry, pani! Bardzo przepraszam za mojego psa...- wydukałam
- Dzień dobry, drogie dziecko! Twój Apollo to bardzo miłe zwierzę i jakie inteligentne! Od razu wyczuł moją miłość do czworonogów. Usiądź kochanie, wyglądasz mi na zmęczoną. Za dużo pracujesz, Haniu...
- Przepraszam, ale... skąd zna pani moje imię? A Apollo?- pytałam zdziwiona.
Popatrzyłam kobiecie prosto w oczy. Wahała się. Jakby się nad czymś zastanawiała, szukała odpowiedzi. Miała siwe włosy spięte w kok, jakąś starodawną sukienkę w kwiaty, przypominającą jej lata młodości, a ramiona otulał biały sweter, który nie przeszkadzał jej pomimo panującego upału. Czułam, że ta pani jest mi bliska. Jej łagodne, szare oczy kojarzyły mi się z poczuciem bezpieczeństwa, miłości, ale po twarzy widać było wszelkie troski na nią spływające. Ręce również pozostawały pamiątką ciężkiej pracy. W jej ciele kryła się historia, którą natychmiast zapragnęłam poznać.
- Po prostu znam ludzi z tej okolicy. A ty tu, dziecko, często bywasz...- odparła nieco wymijająco
- Jakoś do tej pory nigdy nie udało mi się pani spotkać w tym parku.- zauważyłam
- Może się mijamy. Ludzie często nie zauważają się nawzajem...
-... jakby żyli w równoległych światach, nie widzą się, choć istnieją w tym samym czasie, o tej samej porze.- dodałam
- Dokładnie tak. Masz coś przeciwko temu, żebym zwracała się do ciebie po imieniu? .
- Nie, nie, w porządku. To niesamowite, że pani tak zna ludzi.
- Spójrz tylko. Widzisz tego pana?- wskazała na młodego blondyna, bawiącego się nieopodal z dzieckiem- Pomagam im czasem. Opiekuję się tym małym. Żona od niego odeszła, uciekła. A kiedy Rafałek miał dwa latka, odkryto u niego nowotwór. Długo z nim walczył. Dopiero niedawno z tego wyszedł. Teraz ma cztery lata! Jak to szybko minęło! Hmmm... Antek jakoś sobie radzi, ale brakuje mu kobiecej ręki, a małemu matki- powiedziała.
Jej słowa bardzo mnie zaskoczyły. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, a zwłaszcza wtedy, gdy rozpoznałam w owym mężczyźnie znajomego z parku. Antek i Rafałek.
- Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić, co czuł ten mały i jego ojciec. To straszne.
- Ale prawdziwe. O idą tu...- szepnęła
- Dzień dobry, pani Karino!- zawołał Antek
- Witaj, chłopcze, witaj! Oooo! Rafałku, chodź do baniuni!!!- zachęciła chłopca
Zerknęłam na Antoniego z pytającym wzrokiem.
- Połączenie babuni z nianią- wyjaśnił- Dzień dobry, pani Haniu!
- Dzień dobry!
- Dziś nie uciekamy?- zapytał mnie na osobności
- Nie ma jak.- wyjaśniłam
- Szkoda, że wpadłem tylko podrzucić pani Karinie Rafałka. Mam nadzieję, że następnym razem uda się porozmawiać trochę dłużej.
- Taaak.. Do widzenia!- odrzekłam, gdy już odchodził
Mały chłopiec został razem z nami. Kiedy pobiegł do piaskownicy, starsza pani postanowiła podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami.
- Moja droga, jeżeli męczy cię moje towarzystwo, to możesz odejść.- zaśmiała się z prawie niesłyszalną nutką smutku- Starsi ludzie zazwyczaj są bardzo upierdliwi i nieco bezpośredni- odrzekła
- Mam czas- skłamałam
- Patrzę na ciebie i czuję, że nie jesteś do końca szczęśliwa. Czegoś ci brakuje. Nie obraź się tylko... chodzi raczej o ubytek natury... miłosnej. Widzę, że to nie jest stan odpowiedni dla twojej młodej duszy. Przeszłość ma na nas ogromny wpływ- podkreśliła. I znów to samo! Skąd ta kobieta tak dużo wie?!-Miałam podobnie... ale mniejsza o to. Posłuchaj, z człowiekiem jest troszeczkę tak jak z zegarem. Jego mechanizm nigdy nie będzie działał prawidłowo i nie ruszy, dopóki wszystkie trybiki nie będą się ze sobą stykały. U ciebie te znaczące elementy po prostu jeszcze się nie wytworzyły- z czasem powinny uformować się same... chyba że ktoś im na to nie pozwala i buduje blokadę. Musisz to naprawić i naoliwić duszę, złotko.
- Obrazowa metafora. Piękna. Tylko że ja niczego więcej od życia nie chcę. Jest tak jak jest i nie warto komplikować...- wyjaśniłam- A z panią? Jak to było z panią?- zapytałam po chwili
- Przestałam się bać. Po prostu pewnego dnia trafiłam na tego jedynego i... miejsce w moim sercu zagrzał jako pierwszy i jako ostatni. Może wcześniejsze doświadczenia pomogą ci właściwie trafić... takiej chwili nie da się przegapić. To najważniejszy moment życia.
- Czyli, że to samo minie? I tak nagle przestawię się z tych swoich feministycznych poglądów na zupełnie coś innego? Dlaczego?
- Jedna sekunda, a życie zmienia się o 180 stopni. Dlaczego? Zabliźnione rany czasem dają o sobie znać. Doskonale wiesz, że są pamiątką cierpienia. Boisz się czuć coś negatywnego... ale to cię przecież kształtuje. Dopiero na stare lata tak wiele zaczęłam rozumieć. Postrzeganie świata od tej drugiej strony- to mimo wszystko pozytywne.
- Mówi pani tak, jakby to wszystko przyjmowała, akceptowała to, co panią spotkało. I też jakby wierzyła w odgórnie ułożony plan ludzkiej egzystencji....
- Każdy człowiek ma taki. Los, Bóg... nazwij to jak chcesz. W zależności od wiary, poglądów zawsze chodzi o to samo- o księgę ludzkich istnień.
- Studiowała pani filozofię?- zainteresowałam się
- Nie, nie... ale mój mąż, owszem. Nawet, kiedy go nie ma pośród żywych, nadal uczy mnie życia... stamtąd, z góry- powiedziała, wskazując palcem jasne tło, pokryte pierzastymi chmurami.
- Od Bozi!- krzyknął chłopczyk, podbiegając i usadzając się na moich kolanach- od dziadzia Henryczka!
- Tak, od naszego Henia, Panie świeć nad jego duszą!- odparła, uśmiechając się do malca, a następnie w stronę nieba
W spojrzeniu tego chłopca było coś niezwykłego. Jego wielkie, błękitne jak to właśnie niebo, oczy były pełne wyrazu. Łączyły w sobie pogodę ducha, dziecinną naiwność, ale jednocześnie zrozumienie, mądrość, a przede wszystkim ogrom miłości. "Jesteś taki mały, a tak wiele mogłabym się od ciebie nauczyć. Na przykład... powiedz mi, jak kochać, maleńki człowieku o duszy potężnej i równie wielkim sercu."- pomyślałam. Przytuliłam go mocno. Dane mi było odczuć przepływającą przez niego energię i radość. Tego mi... brakowało?
- Kocham cię- wyszeptał, pocałował w policzek i zniknął wśród huśtawek i karuzel w parku.
Co to było? Emocje... Czy coś mi wpadło do oka? Dlaczego moje policzki stały się mokre? Czyżby zaczął padać deszczy, czy raczej to słońce tak grzało...?
- Nieziemskie, prawda? Dwa słowa, a nieskończona ilość znaczeń. Ten mały to anioł. I nie martw się, że kłamie. Nie... Dzieciom znacznie łatwiej okazywać PRAWDZIWE uczucia, niż nam, dorosłym.
- Baniuniu, spać!- znowu przybiegł i położył główkę na kolanach staruszki
- Ohoho! Chyba będziemy uciekać. No już, Rafałku. Pozbieraj swoje zabawki i powędrujemy lulu. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, kochanie. Do widzenia!
- Do widzenia!- pożegnałam ją i chłopca.
Bankiet!!! Zapomniałabym na śmierć!!! Zaprowadziłam Apolla do domu, przebrałam się i pojechałyśmy razem z Leną do fryzjerki i kosmetyczki. Dlaczego ta kobieta posiadała na mój temat tyle informacji? Jakim cudem?! Nie doczekałam się odpowiedzi. Mogłam jedynie snuć domysły, ale to mi nie wystarczało. Obiecałam sobie, że następnym razem na pewno ją o to zapytam. To wszystko było takie dziwne. Do czego to doszło? Żeby obcy ludzie... dziecko musieli mi uświadamiać moje położenie?
Siedziałam na fotelu w salonie fryzjerskim "U Wery" i patrzyłam w lustro. Odbijająca się w nim postać zupełnie nie przypominała radosnej kobiety. Hmmm...
- I jak? Fryzura się podoba? Powinna wytrzymać jakieś 48 godzin- zapewniła fryzjerka
- Fantastycznie!- odrzekłam z udawanym entuzjazmem
Długie, ciemne loki z zaczesaną na bok grzywką od razu przypadły mi do gustu. Tylko te moje oczy... ciemno-brązowe, bez wyrazu.
- No! Ulala! Teraz to już nie masz wyjścia! Każdy facet na tej imprezce będzie twój!- krzyknęła Lena z drugiego końca salonu. Kiedy podeszła bliżej, szepnęłam:
- A jak tam te twoje... rozbierane zdjęcia?
- Wariatko! Przecież ja sobie z ciebie jaja robiłam!- i powiedziawszy to, zaczęła się śmiać
- Co za ulga! Pięknie wyglądasz!- dodałam po chwili- Oczarujesz tego swojego amanta. Padnie ci do stóp!
- No i taki miałam zamiar. Tylko... czy mój wygląd nie zostanie wystawiony na próbę?- zastanawiała się
- Spokojnie, tłumaczyłam już pani koleżance, że fryzura wytrzyma najgorszą wichurę, a poza tym gwarantujemy 48 godzin spokoju- wyjaśniła kobieta
- I bardzo dobrze!- ucieszyła się Lenka
Po wyjściu od fryzjerki pojechałyśmy jeszcze do butiku po jutrzejsze kreacje. Byłam przygotowana na góra trzy godziny przymierzania, ale moja przyjaciółka, jak zwykle zresztą, postanowiła mnie zaskoczyć...
- Lenka! Ja od razu wybrałam sobie sukienkę! Ile można, dziewczyno?! Siedzimy tu pięć godzin, a za dziesięć minut panie chcą zamknąć!- mówiłam, siedząc przed przymierzalnią
- Noooo... i jak?!- zapytała, otwierając drzwiczki małego pomieszczenia
- Wow!!! Coś... pięknego.- wydukałam. Lena miała na sobie długą, czarną suknię uszytą z jedwabiu.
- Wiesz co? Mogłabyś wykrzesać z siebie choć odrobinę entuzjazmu...
- A ty wiesz co?! Po pięciu godzinach czekania na ciebie po prostu wszystkie moje emocje wyparowały i pozostała tylko złość spowodowana zmęczeniem...
- Fakt. Ja też padam na twarz. Biorę to!- krzyknęła do ekspedientki
Kiedy odwiozła mnie do domu, zaproponowałam jej, żeby weszła do środka. Moi rodzice tak dawno jej nie widzieli. I trochę się nawet zdziwiłam, bo zgodziła się bez wahania. Rodzice oniemieli.
- Lena, dziecko! Kochana ty moja! Chodź tu!- powiedziała mama, biorąc ją w objęcia
- Cześć, córeczko...- szepnął tato, całując mnie w czoło
- Cześć- odparłam, uśmiechając się szeroko
- Witaj, Lenka!
- Dzień dobry, Ignacy- podeszła do taty, żeby się z nim przywitać
Siedzieliśmy wszyscy przy dużym stole, jedząc późną kolację. Mama przygotowała pieczeń ze szparagami i pieczone ziemniaki. Lena zawsze była okropnym łakomczuchem, dlatego teraz jadła wszystko z wielkim apetytem.
- Smacznego! A na deser przygotowałam roladę z kremem i truskawkami...- dodała
- Ymmm... aż mi ślinka cieknie!
- Oj Lena, Lena. Jedz, jedz...A ty, kochanie, czemu nic nie ruszyłaś?- zapytała
- Najadłam się już.- odparłam
- Jak tak dalej pójdzie to skończysz jako anorektyczka- skomentowała mama
- Iguś! Daj dziewczynie spokój. Odziedziczyła po tobie talent kulinarny, więc z głodu nie umiera. Nie zawsze można mieć apetyt- powiedział tato, po czym wszyscy popatrzyliśmy się na Lenkę, wcinającą szparaga i wybuchnęliśmy śmiechem.
- Naprawdę baaaardzo zabawne. Prawie się zakrztusiłam. Gratulacje. Udało wam się. Hahaha- zironizowała
- Przepraszam- wyjąkał przez śmiech
Lenka szybko nas opuściła, tłumacząc, że musi wyspać się przed bankietem, skoro miała balować do białego rana.
Położyłam się do łóżka i bardzo szybko zasnęłam. Zdziwiło mnie to, bo dzisiejszy dzień był pełen wrażeń. Tak, ale przed tym nie da się uciec, a szczególnie we śnie...
Byłam ubrana w turkusową piżamę z wielkim czerwonym misiem- dokładnie taką samą, jaką posiadałam w dzieciństwie. Znalazłam się w jakimś potwornym lesie, a wokół nikogo nie było. Usiadłam na wielkim, chropowatym głazie i zaczęłam płakać. Bardzo głośno szlochałam i czułam się okropnie samotna. Dokładnie tak samotna, jak wtedy, kiedy mama postanowiła powiedzieć mi, że tata nas zostawił. Właśnie ten moment całkowicie zmienił moje życie. Byłam małą, niewinną dziewczynką, która raz na zawsze postanowiła sobie, że już nigdy nie zaufa żadnemu mężczyźnie. Zaczęło ogarniać mnie przerażenie. Bałam się tej strasznej ciemności. Niespodziewanie zjawiła się ta starsza pani z parku w swoim jasnym sweterku i uśmiechnęła się do mnie. Wystarczyło jedno spojrzenie przepełnione mądrością. Od razu poczułam się lepiej. Zniknęły wszystkie negatywne odczucia i już wiedziałam, że nic mi nie grozi.
Obudziłam się cała zlana potem. Zegar wskazywał godzinę szóstą. Byłam przekonana, że dalsze spanie nie ma sensu, toteż poszłam do łazienki wziąć poranny prysznic. Czas strasznie mi się dłużył. Zaczęłam obserwować widok za oknem, stojąc przy kuchennym blacie z kubkiem mocnej kawy w ręku opatulona szlafrokiem i ręcznikiem ułożonym w turban na mojej głowie. Czy ja zaczęłam kontemplować przyrodę?! Dość tego! Wyszłam do ogrodu i położyłam się na hamaku i chyba nawet udało mi się zdrzemnąć. Dopiero tata sprawił, iż wróciłam do świata żywych.
- Haniu, Haniu... kochanie już dziesiąta. Przyniosłem ci śniadanie. Położyłem na stole na tarasie, gdybyś miała ochotę...- powiedział cichutko
- Tato? Zasnęłam?- pytałam, mrugając oczami
- Tak podejrzewaliśmy z mamą, że pewnie to słońce tak na ciebie wpłynęło.
- Ok. Wystarczy tego leniuchowania. Muszę jeszcze przedzwonić do Lenki- oznajmiłam i wyskoczyłam z hamaka
- Jajecznica!!!- krzyknął za mną
Usiadłam w wiklinowym fotelu i w bardzo szybkim tempie zaczęłam jeść śniadanie. Kęs po kęsie przeżuwałam z rosnącym apetytem. To pewnie przez to, że postanowiłam darować sobie zbyt obfitą kolację. Wyjęłam komórkę z kieszeni i wybrałam numer do przyjaciółki.
- Witam panią!- usłyszałam
- Dzień dobry! Wstałaś już?- zainteresowałam się
- Tak jakby. Jem śniadanie... w łóżku.- powiedziała
- Ymmm... rozumiem.
- Właśnie nic nie rozumiesz. Zgadnij, kto mi je zrobił!
- Strzelam, że ten twój artysta... czekaj... jak mu tam było?
- Waldy! Ale nie... to nie on!
- O mój Boże! Lena! Jak jeden to nie drugi!- wrzasnęłam
- Opanuj się! Nie jestem aż tak głupia... Kaja przyjechała.
- Co?! Ta twoja zaborcza, wredna kuzyneczka z piekła rodem?!
- Oho... teraz to ona jest tak jakby "z nieba rodem". Potrzebuje schronienia na pewien czas, bo Jery z nią zerwał i musiała wrócić do Polski. Ten Brytyjczyk wiedział, co robi. To było oczywiste, że prędzej czy później pozna się na niej.
- Wow! Jak długo będzie zwiadywać to twoje "imperium"?
- Podobno "do czasu, kiedy sobie czegoś nie znajdzie". Kurcze, idzie tu. Muszę kończyć, pa!
- Pa!- pożegnałam się i rozłączyłam
Napisałam jeszcze jeden artykuł, pt: "Małe przemyślenie przed senną podróżą":
"Ludzie przypominają mi czasem nadmorską plażę. Każdy człowiek to pojedyncze ziarnko piasku- takie maleńkie, prawie nic nieznaczące. Lecz kiedy przyjrzysz się mu z bliska, pod mikroskopem, wtedy ujrzysz jego prawdziwe piękno i odkryjesz jego wartość. Woda zaś jest... ludzkim losem i czasem współgra ze Słońcem, którego promienie służą do zniwelowania nieprzyjemnej wilgoci. Natura odzwierciedla nasze uczucia, nasze życie- to cudowne lustro właściwe tylko tym, którzy potrafią patrzeć głębiej."
Czas pędził nieubłaganie. Zbliżała się "godzina zero". Bankiet miał zacząć się o szesnastej, a mi zostały zaledwie dwie godziny do wyjścia. Lena miała świadomość, że w przeciwieństwie do niej zawsze miałam problem ze zrobieniem się na bóstwo, dlatego wezwała na pomoc swoją stylistkę, która miała do mnie przyjechać i zająć się mną. Czułam jak rosło we mnie napięcie. Przecież to zwykły bankiet, nic więcej, spokojnie. Teresa zrobiła mi wspaniały makijaż i poprawiła fryzurę. Prawie byłam gotowa... musiałam tylko włożyć tę suknię. Wisiała na wieszaku w mojej sypialni i kiedy stylistka opuściła mieszkanie, do pokoju wparowała mama, która chciała brać udział w moich przygotowaniach.
- Mamo... poradzę sobie. Umiem nałożyć sukienkę...
- Masz tam takie... guziczki z tyłu... - próbowała być zabawna i jednocześni wmówić mi, że jest dla mnie w tej chwili niezbędna
- Hmm... no dobrze.
Nałożyłam strój i stanęłam przed lustrem. Zobaczyłam łzy w oczach mojej mamy. Nie miałam pojęcia, co się z nią wtedy działo...
- Mamo.. dlaczego ty płaczesz?
- Bo ta twoja suknia... jest taka biała!- powiedziała i znowu się wzruszyła
- Tego nie da się przegapić, ale nie rozumiem... a poza tym jest biała tylko po prawej stronie... lewa jst czarna...
- Jakbyś szła do ślubu!
- O mateńko! Kto idzie do ślubu w czarno-białej sukni?! Nawet mi to do głowy nie przyszło, kiedy ją kupowałam. Gdybym wiedziała, że taka będzie twoja reakcja, to nigdy bym tego nie zrobiła.
- Przestań! Nie rozumiesz tego? Paweł już ma żonę, dziecko...
- O nie! Nie, nie, nie!!! Nie zaczynaj! Nie będziemy o tym teraz rozmawiać. Mamo, zrozum, że ja tak nie mogę. Wybacz mi, ale chciałabym zostać sama.
- W porządku. Miłej zabawy!
Nie chciałam znowu myśleć o "tych" rzeczach. Może i to była ucieczka, ale jednocześnie najlepsze rozwiązanie dla mnie w tej właśnie chwili. Lenka dała mi znać, że już po mnie przyjechali. I rzeczywiście, pod domem stała przepiękna czarna limuzyna, do której czym prędzej wskoczyłam. W środku było równie elegancko, a do tego zapewniono nam darmowe drinki. Pragnęłam znaleźć się już na tym przyjęciu w małym pałacyku. Nie jechaliśmy długo. Wyszliśmy z limuzyny i maszerowaliśmy przez czerwony dywan, kierując na siebie spojrzenia zebranych przed budynkiem fotografów, bez przerwy robiących zdjęcia. Myślałam, że umrę ze stresu. Przewędrowałam te paręnaście kroków i po oddaniu płaszcza dołączyłam do przyjaciół. Oczywiście, nie obyło się bez niespodzianek.
- Wow!- usłyszałam zza pleców i odwróciłam się- Teraz to już w ogóle...
- Rozumiem, że to komplement- powiedziałam- Witaj, Arturze...- wyszeptałam z udawaną powagą
- Witaj, Hanno... Chciałem powiedzie coś więcej, ale mnie zamurowało.
- Cóż, dziękuję.
- A jak ja ci się podobam?
- Hmmm... do twarzy ci w garniturze.- wydukałam
- Ok. Prawie ci uwierzyłem. Posłuchaj, chciałbym ci kogoś przedstawić. Mój kumpel z liceum, Antek...
- Artur- zaczęłam- my się z panem Antonim znamy- wytłumaczyłam- Dzień dobry.- zwróciłam się do nowo przybyłego
- Dzień dobry, pani Haniu. Cóż za miłe zaskoczenie. Przepraszam, ale i tak miałem o to panią poprosić, możemy porozmawiać na osobności?- zwrócił się do mnie- Wybaczysz nam?- zapytał Artura
- Jasne, jasne. Idźcie.- powiedział bez przekonania
Wyszliśmy na taras. Nie wiem, dlaczego tak łatwo się zgodziłam. Byłam ciekawa, z jakiego powodu Antek chciał ze mną rozmawiać "na osobności".
- Coś się stało?
- Nic złego. Mogę coś zaproponować?
- Zgadzam się. Też uważam, że już czas najwyższy przejść na "ty".- odrzekłam, zgadując jego myśli
- Emmm... właśnie o to mi chodziło. Haniu, czy ty długo znasz panią Karinę?- zainteresował się
- Dopiero wczoraj ją spotkałam po raz pierwszy. A ty?
- Ja? A ja znam ją już kilka lat. Moi rodzice nie żyją, a pani Karina jako moja sąsiadka, kiedy poznała sytuację, w której się znalazłem, postanowiła nam pomóc. Rafał traktuje ją jak babcię. Nie wiem, jak się jej odwdzięczę. Mieszka w domu naprzeciwko i bardzo często nas odwiedza, gotuje, piecze ciasta, opiekuje się małym.
- Cudowna kobieta. Mam takie wrażenie, jakbym ją znała całe życie, jakby była kimś bliskim.
- Tak na ludzi wpływa pani Karina. Myślę, że... znaczy... ja to wiem, że zasługujesz na to, żeby ją bliżej poznać. Skoro ją spotkałaś... nic nie dzieje się bez przyczyny.- wciąż kluczył
- Ok. A może ty się orientujesz, skąd ona miała te informacje na mój temat?- zapytałam
- Ymmm... ona po prostu jest niesamowitą kobietą. Pewnie się domyśliła- odparł
Wiedziałam, że kłamał. Nie patrzył mi w oczy, tylko błądził gdzieś wzrokiem. Tak, na pewno domyśliła się, jak mam na imię.
- Tacy ludzie mają boską energię i niezwykłe historie wpisane w życiorys. Jej mąż zmarł dziesięć lat temu na zawał, a wcześniej straciła syna, który zachorował na białaczkę. Mnie nazywa swoim wnukiem, choć ja nie mam odwagi zwracać się do niej "babciu"- ja na to nie zasługuję. Jesteśmy taką małą rodziną z wyboru. Pan Henryk, jej mąż, działał w AK. Był prawie dwadzieścia lat od niej starszy i uwielbiał filozofię, którą znacznie później zaczął studiować. Spotkali się całkiem przypadkowo, przynosiła im jedzenie, jeszcze jako mała dziewczynka. On mieszkał u nich potem, po wojnie i jakoś... zakochali się w sobie. Kiedy postrzelono mamę pani Kariny, jej ojciec znalazł sobie drugą żonę, która nie była zbyt przychylna pasierbicy. Macocha kazała jej iść do pracy, bo uznała, że ta jest w stanie sama na siebie zarabiać. Obchodziły ją wyłącznie jej dwie córki, które były nieco młodsze od pani Kariny- jej przyrodnie siostry. Wiem- to brzmi jak banalna opowieść o Kopciuszku, ale wcale taka nie jest. Jakieś fatum nad nią wisiało... Pewnego dnia, gdy przecinała drewnianą deskę... najechała na ścięgna u lewej ręki. Wiadomo, wtedy nie było zbyt wielu dobrych lekarzy i pani Karina po dziś dzień jest kaleką. A później jeszcze jej tata umierał... na łożu śmierci kazał obiecać panu Henrykowi, że zaopiekuje się jego jedyną córką. Starszy człowiek wiedział, że między tym dwojgiem coś jest, wiedział i błogosławił ich. Chciała wstąpić do służby, ale jej nie przyjęli z powodu niedomagania. A pan Henryk poszedł tam za nią i go, owszem, wzięli. Stracili się z oczu na pewien czas. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że pana Henryka zabrali ci z UB. Wywieźli go gdzieś i tyle go widziała... Szukała ukochanego przez Czerwony Krzyż, ale to nic nie dało. Ktoś powiedział jej, iż rzekomo nie żyje. To nie była prawda, ale kiedy po pięciu latach nagle się pojawił... była zdziwiona, a zaraz po ślubie, w 1958 roku urodził im się syn, Krystian.
- Rzeczywiście... niepowtarzalna opowieść. Ile ta kobieta musiała przejść?- zastanawiałam się
- Dużo. Ale czego się nie znosi dla miłości i dla drugiego człowieka?
- Naprawdę wydaje mi się, że mimo wszystko... już to gdzieś słyszałam.
- Wszystko w porządku?- zapytał
- Tak, jak najbardziej. Cieszę się, że mi zaufałeś. Ja chyba muszę już wracać. Lenka będzie się martwić. - skłamałam. Wiedziałam, że moja przyjaciółka najlepiej czuje się tańcząc w objęciach swojego ukochanego i wcale o mnie nie pamięta...
- A pantofelka mi nie zostawisz?
- Słucham?- spytałam, odwracając głowę w jego stronę
- No, skoro już uciekasz po raz kolejny, to może chociaż... zostaw coś po sobie.
- Chyba już masz mój numer, prawda?
- Ależ mi wcale nie o to chodziło. Nie będę cię dłużej trzymał. Miłego wieczoru...
- Dziękuję. Dobranoc!- pożegnałam się i dołączyłam do Leny
Ponoć moja nieobecność nieco ją zaniepokoiła. Obserwowałam jak Lena tańczy ze swoim nowym "nabytkiem", a ja stałam i podpierałam ściany. Obawiałam się tylko jednej rzeczy. Z dwóch stron podążali w moim kierunku Artur i Antek. W mojej głowie zabrzmiał głos: Wiej!!!!!!! Uśmiechnęłam się do nich i spuściłam wzrok. Nagle, panowie zauważyli się nawzajem i Antek się chyba wycofał. Dlaczego było mi smutno? To głupie!!!
- Pozwoli pani do tańca?
- Artur... ja nie tańczę.- odparłam bez zastanowienia
- W takim razie chętnie tu z tobą postoję.
- To... ty tu stój, a ja spadam do domu. Późno już się zrobiło.
- Hanno!- zawołał naczelny
- Karol. Właśnie wychodzę- oznajmiłam
- Już?! Nie ma mowy! Jeszcze ci nie pogratulowałem świetnych artykułów.
- Hm, to coś nowego, więc albo jesteś kompletnie zalany, albo odezwał się w tobie człowiek, który zrzucił skorupę egoizmu.
- Jak zwykle cięta riposta. Może daj trochę na luz. Chyba nie chcesz stracić pracy?- zagroził szeptem
- Co?! To nie ty o tym decydujesz!- wrzasnęłam, ale na szczęście niewiele osób zwróciło na to uwagę
- Ciiiicho! Po co te nerwy? Bądź milsza.
- Dobranoc!- powiedziałam i już miałam biec do drzwi, gdy naczelny postanowił mi w tym przeszkodzić
- Puść moją rękę...- zagrzmiałam
- Karolu... tak zacieśniasz więzy z pracownikami?- to Max zdecydował się interweniować, bo Artur zostawił nas tylko, jak pojawił się naczelny
- Wszystko gra- oświadczyłam
- Pani Hanno... mogę jakoś pomóc?- zapytał Marcelli
- Nie, dziękuję. Pójdę już.
Teraz uciekłam. Poważnie, U-C-I-E-K-Ł-A-M!!! Nie wróciłam limuzyną i nie powiadomiłam Leny. Zamówiłam taksówkę i niedługo potem trafiłam na miejsce. Niestety... tam również czekała na mnie niespodzianka... Wszystko powoli zaczęło sprzysiężać się przeciwko mnie. W poprzednim życiu musiałam poważnie narozrabiać... a naczelny był jadowitym wężem.
...