poniedziałek, 30 kwietnia 2012

IV: STOP! WOLNIEJ! POGUBIŁAM SIĘ...

   O niczym innym nie marzyłam. Chciałam się tylko położyć. Byłam tak potwornie zmęczona, że ledwo trzymałam się na nogach. Padłam na łóżko, ale zasnąć nie mogłam... Czasem zastanawiam się nad całym tym moim popapranym życiem. Z dnia na dzień zaczynam odczuwać jakąś pustkę, przytłaczający brak "czegoś", czego nie potrafię nazwać. Dlaczego my dorastamy? Jak to zatrzymać? Niekiedy siadam przy kominku z kubkiem gorącej czekolady w dłoni, tak parzącej moją skórę, ale wtedy mi to nie przeszkadza, myślę o przyczynach swojej egzystencji. Kiedyś bawiliśmy się lalkami, samochodzikami i sprawiało nam to tyle radości. Pewnego dnia zabawki wrzuciliśmy do pudeł umieszczonych przez naszych rodziców na strychu. Dziś, tęsknię za tymi chwilami beztroskiego dzieciństwa, gdy małe rzeczy były wielkie, banalne- ważne, a brzydkie misie, które zamiast prawego oka miały przyszyty guzik od starego płaszcza mamy stawały się piękne, niepowtarzalne, wiążące nas ze wspomnieniami małej dziewczynki. Teraz, zamykam oczy i widzę, z dania na dzień, coraz słabiej, ale wciąż widzę... dziecko, które płacze, dziecko, które w tak prosty sposób wyraża swe uczucia, dziecko wybrudzone lodami, dziecko... szczęśliwe. Dlaczego nie mogę być tak szczęśliwa jak to dziecko? Czy dorośli w ogóle chcą i potrafią takimi być? Jeszcze...
   Ogłuszający dźwięk budzika zabrzęczał mi nad uchem. Wstałam z łóżka, zaczęłam się ubierać i już spieszyłam na śniadanie, kiedy uprzytomniłam sobie, że to "nasz dzień wolny przed wielkimi przygotowaniami do bankietu", który de facto miał odbyć się jutrzejszego dnia. Piątek zapowiadał się... upojnie. Zaplanowałam wizytę u kosmetyczki, fryzjerki, małe zakupy z Leną (która również weźmie udział w uroczystości- zaprosił ją ten artysta- okazał się być jednym z pracowników naszej gazety, dział "Sztuka Życia"), ale przedtem... spanie do dziesiątej.
   Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie szuranie kapciami po podłodze przez moich ukochanych rodziców. A Apollo? Apollo też dawał się we znaki.
- Apollo! Złaź mi z łóżka! No już! Do ogrodu! Drzwi masz otwarte! Sio!!!- krzyknęłam, ale pies nie chciał dać za wygraną
- I ty Brutusie przeciwko mnie?! Apollo!
Dalmatyńczyk położył się na poduszce i patrzył mi w oczy, merdając ogonem.
- Spacer! Teraz? OK.
Z trudem zwlokłam się z łóżka. Na szczęście miałam na sobie dres, w który wskoczyłam nad ranem. Weszłam do salonu, gdzie rodzice siedzieli na kanapie, pijąc kawę i oglądając telewizję. Zdziwili się na mój widok. Myśleli, że już dawno siedzę w redakcji.
- Co tu tu robisz kochanie? Jeszcze nie w pracy?- zapytał tata
- Nie... muszę się przygotować do jubileuszowego bankietu.
- I w tym celu idziesz z psem na spacer.- stwierdził po trzymanej przeze mnie w dłoni smyczy
- Tak jakby. Zresztą... nieważne.- powiedziałam wymijająco i wyszłam z mieszkania.
   Spacerowałam, tracąc poczucie czasu. Radość Apollo kontrastowała z moim nastrojem. Czułam rosnące we mnie napięcie. Czym jest to spowodowane? No tak! Lena będzie z tym swoim Waldemarem, a ja sama, samiuteńka wśród tłumu par... O mój Boże! Chyba po raz pierwszy w życiu zaczął doskwierać mi brak partnera. To straszne, dlaczego ja się tym w ogóle przejmuję? Nagle, Apollo wyrwał mi się z ręki, raniąc przy tym moją dłoń. Nie miałam pojęcia, gdzie ten pies pobiegł. Rozglądałam się dokoła.
Mój Apollo leżał u stóp staruszki, która głaskała futrzaka. Jakim cudem on się tam znalazł?
- Dzień dobry, pani! Bardzo przepraszam za mojego psa...- wydukałam
- Dzień dobry, drogie dziecko! Twój Apollo to bardzo miłe zwierzę i jakie inteligentne! Od razu wyczuł moją miłość do czworonogów. Usiądź kochanie, wyglądasz mi na zmęczoną. Za dużo pracujesz, Haniu...
- Przepraszam, ale... skąd zna pani moje imię? A Apollo?- pytałam zdziwiona.
Popatrzyłam kobiecie prosto w oczy. Wahała się. Jakby się nad czymś zastanawiała, szukała odpowiedzi. Miała siwe włosy spięte w kok, jakąś starodawną sukienkę w kwiaty, przypominającą jej lata młodości, a  ramiona otulał biały sweter, który nie przeszkadzał jej pomimo panującego upału. Czułam, że ta pani jest mi bliska. Jej łagodne, szare oczy kojarzyły mi się z poczuciem bezpieczeństwa, miłości, ale po twarzy widać było wszelkie troski na nią spływające. Ręce również pozostawały pamiątką ciężkiej pracy. W jej ciele kryła się historia, którą natychmiast zapragnęłam poznać.
- Po prostu znam ludzi z tej okolicy. A ty tu, dziecko, często bywasz...- odparła nieco wymijająco
- Jakoś do tej pory nigdy nie udało mi się pani spotkać w tym parku.- zauważyłam
- Może się mijamy. Ludzie często nie zauważają się nawzajem...
-... jakby żyli w równoległych światach, nie widzą się, choć istnieją w tym samym czasie, o tej samej porze.- dodałam
- Dokładnie tak. Masz coś przeciwko temu, żebym zwracała się do ciebie po imieniu? .
- Nie, nie, w porządku. To niesamowite, że pani tak zna ludzi.
- Spójrz tylko. Widzisz tego pana?- wskazała na młodego blondyna, bawiącego się nieopodal z dzieckiem- Pomagam im czasem. Opiekuję się tym małym. Żona od niego odeszła, uciekła. A kiedy Rafałek miał dwa latka, odkryto u niego nowotwór. Długo z nim walczył. Dopiero niedawno z tego wyszedł. Teraz ma cztery lata! Jak to szybko minęło! Hmmm... Antek jakoś sobie radzi, ale brakuje mu kobiecej ręki, a małemu matki- powiedziała.
Jej słowa bardzo mnie zaskoczyły. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć, a zwłaszcza wtedy, gdy rozpoznałam w owym mężczyźnie znajomego z parku. Antek i Rafałek.
- Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić, co czuł ten mały i jego ojciec. To straszne.
- Ale prawdziwe. O idą tu...- szepnęła
- Dzień dobry, pani Karino!- zawołał Antek
- Witaj, chłopcze, witaj! Oooo! Rafałku, chodź do baniuni!!!- zachęciła chłopca
Zerknęłam na Antoniego z pytającym wzrokiem.
- Połączenie babuni z nianią- wyjaśnił- Dzień dobry, pani Haniu!
- Dzień dobry!
- Dziś nie uciekamy?- zapytał mnie na osobności
- Nie ma jak.- wyjaśniłam
- Szkoda, że wpadłem tylko podrzucić pani Karinie Rafałka. Mam nadzieję, że następnym razem uda się porozmawiać trochę dłużej.
- Taaak.. Do widzenia!- odrzekłam, gdy już odchodził
Mały chłopiec został razem z nami. Kiedy pobiegł do piaskownicy, starsza pani postanowiła podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami.
- Moja droga, jeżeli męczy cię moje towarzystwo, to możesz odejść.- zaśmiała się z prawie niesłyszalną nutką smutku- Starsi ludzie zazwyczaj są bardzo upierdliwi i nieco bezpośredni- odrzekła
- Mam czas- skłamałam
- Patrzę na ciebie i czuję, że nie jesteś do końca szczęśliwa. Czegoś ci brakuje. Nie obraź się tylko... chodzi raczej o ubytek natury... miłosnej. Widzę, że to nie jest stan odpowiedni dla twojej młodej duszy. Przeszłość ma na nas ogromny wpływ- podkreśliła. I znów to samo! Skąd ta kobieta tak dużo wie?!-Miałam podobnie... ale mniejsza o to. Posłuchaj, z człowiekiem jest troszeczkę tak jak z zegarem. Jego mechanizm nigdy nie będzie działał prawidłowo i nie ruszy, dopóki wszystkie trybiki nie będą się ze sobą stykały. U ciebie te znaczące elementy po prostu jeszcze się nie wytworzyły- z czasem powinny uformować się same... chyba że ktoś im na to nie pozwala i buduje blokadę. Musisz to naprawić i naoliwić duszę, złotko.
- Obrazowa metafora. Piękna. Tylko że ja niczego więcej od życia nie chcę. Jest tak jak jest i nie warto komplikować...- wyjaśniłam- A z panią? Jak to było z panią?- zapytałam po chwili
- Przestałam się bać. Po prostu pewnego dnia trafiłam na tego jedynego i... miejsce w moim sercu zagrzał jako pierwszy i jako ostatni. Może wcześniejsze doświadczenia pomogą ci właściwie trafić... takiej chwili nie da się przegapić. To najważniejszy moment życia.
- Czyli, że to samo minie? I tak nagle przestawię się z tych swoich feministycznych poglądów na zupełnie coś innego? Dlaczego?
- Jedna sekunda, a życie zmienia się o 180 stopni. Dlaczego? Zabliźnione rany czasem dają o sobie znać. Doskonale wiesz, że są pamiątką cierpienia. Boisz się czuć coś negatywnego... ale to cię przecież kształtuje. Dopiero na stare lata tak wiele zaczęłam rozumieć. Postrzeganie świata od tej drugiej strony- to mimo wszystko pozytywne.
- Mówi pani tak, jakby to wszystko przyjmowała, akceptowała to, co panią spotkało. I też jakby wierzyła w odgórnie ułożony plan ludzkiej egzystencji....
- Każdy człowiek ma taki. Los, Bóg... nazwij to jak chcesz. W zależności od wiary, poglądów zawsze chodzi o to samo- o księgę ludzkich istnień.
- Studiowała pani filozofię?- zainteresowałam się
- Nie, nie... ale mój mąż, owszem. Nawet, kiedy go nie ma pośród żywych, nadal uczy mnie życia... stamtąd, z góry- powiedziała, wskazując palcem jasne tło, pokryte pierzastymi chmurami.
- Od Bozi!- krzyknął chłopczyk, podbiegając i usadzając się na moich kolanach- od dziadzia Henryczka!
- Tak, od naszego Henia, Panie świeć nad jego duszą!- odparła, uśmiechając się do malca, a następnie w stronę nieba
W spojrzeniu tego chłopca było coś niezwykłego. Jego wielkie, błękitne jak to właśnie niebo, oczy były pełne wyrazu. Łączyły w sobie pogodę ducha, dziecinną naiwność, ale jednocześnie zrozumienie, mądrość, a przede wszystkim ogrom miłości. "Jesteś taki mały, a tak wiele mogłabym się od ciebie nauczyć. Na przykład... powiedz mi, jak kochać, maleńki człowieku o duszy potężnej i równie wielkim sercu."- pomyślałam. Przytuliłam go mocno. Dane mi było odczuć przepływającą przez niego energię i radość. Tego mi... brakowało?
- Kocham cię- wyszeptał, pocałował w policzek i zniknął wśród huśtawek i karuzel w parku.
Co to było? Emocje... Czy coś mi wpadło do oka? Dlaczego moje policzki stały się mokre? Czyżby zaczął padać deszczy, czy raczej to słońce tak grzało...?
- Nieziemskie, prawda? Dwa słowa, a nieskończona ilość znaczeń. Ten mały to anioł. I nie martw się, że kłamie. Nie... Dzieciom znacznie łatwiej okazywać PRAWDZIWE uczucia, niż nam, dorosłym.
- Baniuniu, spać!- znowu przybiegł i położył główkę na kolanach staruszki
- Ohoho! Chyba będziemy uciekać. No już, Rafałku. Pozbieraj swoje zabawki i powędrujemy lulu. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, kochanie. Do widzenia!
- Do widzenia!- pożegnałam ją i chłopca.
   Bankiet!!! Zapomniałabym na śmierć!!! Zaprowadziłam Apolla do domu, przebrałam się i pojechałyśmy razem z Leną do fryzjerki i kosmetyczki. Dlaczego ta kobieta posiadała na mój temat tyle informacji? Jakim cudem?! Nie doczekałam się odpowiedzi. Mogłam jedynie snuć domysły, ale to mi nie wystarczało. Obiecałam sobie, że następnym razem na pewno ją o to zapytam. To wszystko było takie dziwne. Do czego to doszło? Żeby obcy ludzie... dziecko musieli mi uświadamiać moje położenie?
   Siedziałam na fotelu w salonie fryzjerskim "U Wery" i patrzyłam w lustro. Odbijająca się w nim postać zupełnie nie przypominała radosnej kobiety. Hmmm...
- I jak? Fryzura się podoba? Powinna wytrzymać jakieś 48 godzin- zapewniła fryzjerka
- Fantastycznie!- odrzekłam z udawanym entuzjazmem
Długie, ciemne loki z zaczesaną na bok grzywką od razu przypadły mi do gustu. Tylko te moje oczy... ciemno-brązowe, bez wyrazu.
- No! Ulala! Teraz to już nie masz wyjścia! Każdy facet na tej imprezce będzie twój!- krzyknęła Lena z drugiego końca salonu. Kiedy podeszła bliżej, szepnęłam:
- A jak tam te twoje... rozbierane zdjęcia?
- Wariatko! Przecież ja sobie z ciebie jaja robiłam!- i powiedziawszy to, zaczęła się śmiać
- Co za ulga! Pięknie wyglądasz!- dodałam po chwili- Oczarujesz tego swojego amanta. Padnie ci do stóp!
- No i taki miałam zamiar. Tylko... czy mój wygląd nie zostanie wystawiony na próbę?- zastanawiała się
- Spokojnie, tłumaczyłam już pani koleżance, że fryzura wytrzyma najgorszą wichurę, a poza tym gwarantujemy 48 godzin spokoju- wyjaśniła kobieta
- I bardzo dobrze!- ucieszyła się Lenka
   Po wyjściu od fryzjerki pojechałyśmy jeszcze do butiku po jutrzejsze kreacje. Byłam przygotowana na góra trzy godziny przymierzania, ale moja przyjaciółka, jak zwykle zresztą, postanowiła mnie zaskoczyć...
- Lenka! Ja od razu wybrałam sobie sukienkę! Ile można, dziewczyno?! Siedzimy tu pięć godzin, a za dziesięć minut panie chcą zamknąć!- mówiłam, siedząc przed przymierzalnią
- Noooo... i jak?!- zapytała, otwierając drzwiczki małego pomieszczenia
- Wow!!! Coś... pięknego.- wydukałam. Lena miała na sobie długą, czarną suknię uszytą z jedwabiu.
- Wiesz co? Mogłabyś wykrzesać z siebie choć odrobinę entuzjazmu...
- A ty wiesz co?! Po pięciu godzinach czekania na ciebie po prostu wszystkie moje emocje wyparowały i pozostała tylko złość spowodowana zmęczeniem...
- Fakt. Ja też padam na twarz. Biorę to!- krzyknęła do ekspedientki
Kiedy odwiozła mnie do domu, zaproponowałam jej, żeby weszła do środka. Moi rodzice tak dawno jej nie widzieli. I trochę się nawet zdziwiłam, bo zgodziła się bez wahania. Rodzice oniemieli.
- Lena, dziecko! Kochana ty moja! Chodź tu!- powiedziała mama, biorąc ją w objęcia
- Cześć, córeczko...- szepnął tato, całując mnie w czoło
 - Cześć- odparłam, uśmiechając się szeroko
- Witaj, Lenka!
- Dzień dobry, Ignacy- podeszła do taty, żeby się z nim przywitać
Siedzieliśmy wszyscy przy dużym stole, jedząc późną kolację. Mama przygotowała pieczeń ze szparagami i pieczone ziemniaki. Lena zawsze była okropnym łakomczuchem, dlatego teraz jadła wszystko z wielkim apetytem.
- Smacznego! A na deser przygotowałam roladę z kremem i truskawkami...- dodała
- Ymmm... aż mi ślinka cieknie!
- Oj Lena, Lena. Jedz, jedz...A ty, kochanie, czemu nic nie ruszyłaś?- zapytała
- Najadłam się już.- odparłam
- Jak tak dalej pójdzie to skończysz jako anorektyczka- skomentowała mama
- Iguś! Daj dziewczynie spokój. Odziedziczyła po tobie talent kulinarny, więc z głodu nie umiera. Nie zawsze można mieć apetyt- powiedział tato, po czym wszyscy popatrzyliśmy się na Lenkę, wcinającą szparaga i wybuchnęliśmy śmiechem.
- Naprawdę baaaardzo zabawne. Prawie się zakrztusiłam. Gratulacje. Udało wam się. Hahaha- zironizowała
- Przepraszam- wyjąkał przez śmiech
Lenka szybko nas opuściła, tłumacząc, że musi wyspać się przed bankietem, skoro miała balować do białego rana.
   Położyłam się do łóżka i bardzo szybko zasnęłam. Zdziwiło mnie to, bo dzisiejszy dzień był pełen wrażeń. Tak, ale przed tym nie da się uciec, a szczególnie we śnie...
Byłam ubrana w turkusową piżamę z wielkim czerwonym misiem- dokładnie taką samą, jaką posiadałam w dzieciństwie. Znalazłam się w jakimś potwornym lesie, a wokół nikogo nie było. Usiadłam na wielkim, chropowatym głazie i zaczęłam płakać. Bardzo głośno szlochałam i czułam się okropnie samotna. Dokładnie tak samotna, jak wtedy, kiedy mama postanowiła powiedzieć mi, że tata nas zostawił. Właśnie ten moment całkowicie zmienił moje życie. Byłam małą, niewinną dziewczynką, która raz na zawsze postanowiła sobie, że już nigdy nie zaufa żadnemu mężczyźnie. Zaczęło ogarniać mnie przerażenie. Bałam się tej strasznej ciemności. Niespodziewanie zjawiła się ta starsza pani z parku w swoim jasnym sweterku i uśmiechnęła się do mnie. Wystarczyło jedno spojrzenie przepełnione mądrością. Od razu poczułam się lepiej. Zniknęły wszystkie negatywne odczucia i już wiedziałam, że nic mi nie grozi.
   Obudziłam się cała zlana potem. Zegar wskazywał godzinę szóstą. Byłam przekonana, że dalsze spanie nie ma sensu, toteż poszłam do łazienki wziąć poranny prysznic. Czas strasznie mi się dłużył. Zaczęłam obserwować widok za oknem, stojąc przy kuchennym blacie z kubkiem mocnej kawy w ręku opatulona szlafrokiem i ręcznikiem ułożonym w turban na mojej głowie. Czy ja zaczęłam kontemplować przyrodę?! Dość tego! Wyszłam do ogrodu i położyłam się na hamaku i chyba nawet udało mi się zdrzemnąć. Dopiero tata sprawił, iż wróciłam do świata żywych.
- Haniu, Haniu... kochanie już dziesiąta. Przyniosłem ci śniadanie. Położyłem na stole na tarasie, gdybyś miała ochotę...- powiedział cichutko
- Tato? Zasnęłam?- pytałam, mrugając oczami
- Tak podejrzewaliśmy z mamą, że pewnie to słońce tak na ciebie wpłynęło.
- Ok. Wystarczy tego leniuchowania. Muszę jeszcze przedzwonić do Lenki- oznajmiłam i wyskoczyłam z hamaka
- Jajecznica!!!- krzyknął za mną
Usiadłam w wiklinowym fotelu i w bardzo szybkim tempie zaczęłam jeść śniadanie. Kęs po kęsie przeżuwałam z rosnącym apetytem. To pewnie przez to, że postanowiłam darować sobie zbyt obfitą kolację. Wyjęłam komórkę z kieszeni i wybrałam numer do przyjaciółki.
- Witam panią!- usłyszałam
- Dzień dobry! Wstałaś już?- zainteresowałam się
- Tak jakby. Jem śniadanie... w łóżku.- powiedziała
- Ymmm... rozumiem.
- Właśnie nic nie rozumiesz. Zgadnij, kto mi je zrobił!
- Strzelam, że ten twój artysta... czekaj... jak mu tam było?
- Waldy! Ale nie... to nie on!
- O mój Boże! Lena! Jak jeden to nie drugi!- wrzasnęłam
- Opanuj się! Nie jestem aż tak głupia... Kaja przyjechała.
- Co?! Ta twoja zaborcza, wredna kuzyneczka z piekła rodem?!
- Oho... teraz to ona jest tak jakby "z nieba rodem". Potrzebuje schronienia na pewien czas, bo Jery z nią zerwał i musiała wrócić do Polski. Ten Brytyjczyk wiedział, co robi. To było oczywiste, że prędzej czy później pozna się na niej.
- Wow! Jak długo będzie zwiadywać to twoje "imperium"?
- Podobno "do czasu, kiedy sobie czegoś nie znajdzie". Kurcze, idzie tu. Muszę kończyć, pa!
- Pa!- pożegnałam się i rozłączyłam
Napisałam jeszcze jeden artykuł, pt: "Małe przemyślenie przed senną podróżą":
"Ludzie przypominają mi czasem nadmorską plażę. Każdy człowiek to pojedyncze ziarnko piasku- takie maleńkie, prawie nic nieznaczące. Lecz kiedy przyjrzysz się mu z bliska, pod mikroskopem, wtedy ujrzysz jego prawdziwe piękno i odkryjesz jego wartość. Woda zaś jest... ludzkim losem i czasem współgra ze Słońcem, którego promienie służą do zniwelowania nieprzyjemnej wilgoci. Natura odzwierciedla nasze uczucia, nasze życie- to cudowne lustro właściwe tylko tym, którzy potrafią patrzeć głębiej."
   Czas pędził nieubłaganie. Zbliżała się "godzina zero". Bankiet miał zacząć się o szesnastej, a mi zostały zaledwie dwie godziny do wyjścia. Lena miała świadomość, że w przeciwieństwie do niej zawsze miałam problem ze zrobieniem się na bóstwo, dlatego wezwała na pomoc swoją stylistkę, która miała do mnie przyjechać i zająć się mną. Czułam jak rosło we mnie napięcie. Przecież to zwykły bankiet, nic więcej, spokojnie. Teresa zrobiła mi wspaniały makijaż i poprawiła fryzurę. Prawie byłam gotowa... musiałam tylko włożyć tę suknię. Wisiała na wieszaku w mojej sypialni i kiedy stylistka opuściła mieszkanie, do pokoju wparowała mama, która chciała brać udział w moich przygotowaniach. 
- Mamo... poradzę sobie. Umiem nałożyć sukienkę...
- Masz tam takie... guziczki z tyłu... - próbowała być zabawna i jednocześni wmówić mi, że jest dla mnie w tej chwili niezbędna
- Hmm... no dobrze. 
   Nałożyłam strój i stanęłam przed lustrem. Zobaczyłam łzy w oczach mojej mamy. Nie miałam pojęcia, co się z nią wtedy działo...
- Mamo.. dlaczego ty płaczesz?
- Bo ta twoja suknia... jest taka biała!- powiedziała i znowu się wzruszyła
- Tego nie da się przegapić, ale nie rozumiem... a poza tym jest biała tylko po prawej stronie... lewa jst czarna...
- Jakbyś szła do ślubu!
- O mateńko! Kto idzie do ślubu w czarno-białej sukni?! Nawet mi to do głowy nie przyszło, kiedy ją kupowałam. Gdybym wiedziała, że taka będzie twoja reakcja, to nigdy bym tego nie zrobiła.
- Przestań! Nie rozumiesz tego? Paweł już ma żonę, dziecko...
- O nie! Nie, nie, nie!!! Nie zaczynaj! Nie będziemy o tym teraz rozmawiać. Mamo, zrozum, że ja tak nie mogę. Wybacz mi, ale chciałabym zostać sama.
- W porządku. Miłej zabawy!
Nie chciałam znowu myśleć o "tych" rzeczach. Może i to była ucieczka, ale jednocześnie najlepsze rozwiązanie dla mnie w tej właśnie chwili. Lenka dała mi znać, że już po mnie przyjechali. I rzeczywiście, pod domem stała przepiękna czarna limuzyna, do której czym prędzej wskoczyłam. W środku było równie elegancko, a do tego zapewniono nam darmowe drinki. Pragnęłam znaleźć się już na tym przyjęciu w małym pałacyku. Nie jechaliśmy długo. Wyszliśmy z limuzyny i maszerowaliśmy przez czerwony dywan, kierując na siebie spojrzenia zebranych przed budynkiem fotografów, bez przerwy robiących zdjęcia. Myślałam, że umrę ze stresu. Przewędrowałam te paręnaście kroków i po oddaniu płaszcza dołączyłam do przyjaciół. Oczywiście, nie obyło się bez niespodzianek.
- Wow!- usłyszałam zza pleców i odwróciłam się- Teraz to już w ogóle...
- Rozumiem, że to komplement- powiedziałam- Witaj, Arturze...- wyszeptałam z udawaną powagą
- Witaj, Hanno... Chciałem powiedzie coś więcej, ale mnie zamurowało. 
- Cóż, dziękuję. 
- A jak ja ci się podobam?
- Hmmm... do twarzy ci w garniturze.- wydukałam 
- Ok. Prawie ci uwierzyłem. Posłuchaj, chciałbym ci kogoś przedstawić. Mój kumpel z liceum, Antek...
- Artur- zaczęłam- my się z panem Antonim znamy- wytłumaczyłam- Dzień dobry.- zwróciłam się do nowo przybyłego
- Dzień dobry, pani Haniu. Cóż za miłe zaskoczenie. Przepraszam, ale i tak miałem o to panią poprosić, możemy porozmawiać na osobności?- zwrócił się do mnie- Wybaczysz nam?- zapytał Artura
- Jasne, jasne. Idźcie.- powiedział bez przekonania 
Wyszliśmy na taras. Nie wiem, dlaczego tak łatwo się zgodziłam. Byłam ciekawa, z jakiego powodu Antek chciał ze mną rozmawiać "na osobności".  
- Coś się stało?
- Nic złego. Mogę coś zaproponować?
- Zgadzam się. Też uważam, że już czas najwyższy przejść na "ty".- odrzekłam, zgadując jego myśli
- Emmm... właśnie o to mi chodziło. Haniu, czy ty długo znasz panią Karinę?- zainteresował się
- Dopiero wczoraj ją spotkałam po raz pierwszy. A ty?
- Ja? A ja znam ją już kilka lat. Moi rodzice nie żyją, a pani Karina jako moja sąsiadka, kiedy poznała sytuację, w której się znalazłem, postanowiła nam pomóc. Rafał traktuje ją jak babcię. Nie wiem, jak się jej odwdzięczę. Mieszka w domu naprzeciwko i bardzo często nas odwiedza, gotuje, piecze ciasta, opiekuje się małym. 
- Cudowna kobieta. Mam takie wrażenie, jakbym ją znała całe życie, jakby była kimś bliskim. 
- Tak na ludzi wpływa pani Karina. Myślę, że... znaczy... ja to wiem, że zasługujesz na to, żeby ją bliżej poznać. Skoro ją spotkałaś... nic nie dzieje się bez przyczyny.- wciąż kluczył
- Ok. A może ty się orientujesz, skąd ona miała te informacje na mój temat?- zapytałam
- Ymmm... ona po prostu jest niesamowitą kobietą. Pewnie się domyśliła- odparł 
Wiedziałam, że kłamał. Nie patrzył mi w oczy, tylko błądził gdzieś wzrokiem. Tak, na pewno domyśliła się, jak mam na imię. 
- Tacy ludzie mają boską energię i niezwykłe historie wpisane w życiorys. Jej mąż zmarł dziesięć lat temu na zawał, a wcześniej straciła syna, który zachorował na białaczkę. Mnie nazywa swoim wnukiem, choć ja nie mam odwagi zwracać się do niej "babciu"- ja na to nie zasługuję. Jesteśmy taką małą rodziną z wyboru. Pan Henryk, jej mąż, działał w AK. Był prawie dwadzieścia lat od niej starszy i uwielbiał filozofię, którą znacznie później zaczął studiować. Spotkali się całkiem przypadkowo, przynosiła im jedzenie, jeszcze jako mała dziewczynka. On mieszkał u nich potem, po wojnie i jakoś... zakochali się w sobie. Kiedy postrzelono mamę pani Kariny, jej ojciec znalazł sobie drugą żonę, która nie była zbyt przychylna pasierbicy. Macocha kazała jej iść do pracy, bo uznała, że ta jest w stanie sama na siebie zarabiać. Obchodziły ją wyłącznie jej dwie córki, które były nieco młodsze od pani Kariny- jej przyrodnie siostry. Wiem- to brzmi jak banalna opowieść o Kopciuszku, ale wcale taka nie jest. Jakieś fatum nad nią wisiało... Pewnego dnia, gdy przecinała drewnianą deskę... najechała na ścięgna u lewej ręki. Wiadomo, wtedy nie było zbyt wielu dobrych lekarzy i pani Karina po dziś dzień jest kaleką. A później jeszcze jej tata umierał... na łożu śmierci kazał obiecać panu Henrykowi, że zaopiekuje się jego jedyną córką. Starszy człowiek wiedział, że między tym dwojgiem coś jest, wiedział i błogosławił ich. Chciała wstąpić do służby, ale jej nie przyjęli z powodu niedomagania. A pan Henryk poszedł tam za nią i go, owszem, wzięli. Stracili się z oczu na pewien czas. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że pana Henryka zabrali ci z UB. Wywieźli go gdzieś i tyle go widziała... Szukała ukochanego przez Czerwony Krzyż, ale to nic nie dało. Ktoś powiedział jej, iż rzekomo nie żyje. To nie była prawda, ale kiedy po pięciu latach nagle się pojawił... była zdziwiona, a zaraz po ślubie,  w 1958 roku urodził im się syn, Krystian. 
- Rzeczywiście... niepowtarzalna opowieść. Ile ta kobieta musiała przejść?- zastanawiałam się
- Dużo. Ale czego się nie znosi dla miłości i dla drugiego człowieka? 
- Naprawdę wydaje mi się, że mimo wszystko... już to gdzieś słyszałam. 
- Wszystko w porządku?- zapytał
- Tak, jak najbardziej. Cieszę się, że mi zaufałeś. Ja chyba muszę już wracać. Lenka będzie się martwić. - skłamałam. Wiedziałam, że moja przyjaciółka najlepiej czuje się tańcząc w objęciach swojego ukochanego i wcale o mnie nie pamięta...
- A pantofelka mi nie zostawisz?
- Słucham?- spytałam, odwracając głowę w jego stronę 
- No, skoro już uciekasz po raz kolejny, to może chociaż... zostaw coś po sobie.
- Chyba już masz mój numer, prawda?
- Ależ mi wcale nie o to chodziło. Nie będę cię dłużej trzymał. Miłego wieczoru...
- Dziękuję. Dobranoc!- pożegnałam się i dołączyłam do Leny 
Ponoć moja nieobecność nieco ją zaniepokoiła. Obserwowałam jak Lena tańczy ze swoim nowym "nabytkiem", a ja stałam i podpierałam ściany. Obawiałam się tylko jednej rzeczy. Z dwóch stron podążali w moim kierunku Artur i Antek. W mojej głowie zabrzmiał głos: Wiej!!!!!!! Uśmiechnęłam się do nich i spuściłam wzrok. Nagle, panowie zauważyli się nawzajem i Antek się chyba wycofał. Dlaczego było mi smutno? To głupie!!! 
- Pozwoli pani do tańca?
- Artur... ja nie tańczę.- odparłam bez zastanowienia 
- W takim razie chętnie tu z tobą postoję. 
- To... ty tu stój, a ja spadam do domu. Późno już się zrobiło.
- Hanno!- zawołał naczelny
- Karol. Właśnie wychodzę- oznajmiłam
- Już?! Nie ma mowy! Jeszcze ci nie pogratulowałem świetnych artykułów.
- Hm, to coś nowego, więc albo jesteś kompletnie zalany, albo odezwał się w tobie człowiek, który zrzucił skorupę egoizmu. 
- Jak zwykle cięta riposta. Może daj trochę na luz. Chyba nie chcesz stracić pracy?- zagroził szeptem
- Co?! To nie ty o tym decydujesz!- wrzasnęłam, ale na szczęście niewiele osób zwróciło na to uwagę
- Ciiiicho! Po co te nerwy? Bądź milsza.
- Dobranoc!- powiedziałam i już miałam biec do drzwi, gdy naczelny postanowił mi w tym przeszkodzić 
- Puść moją rękę...- zagrzmiałam 
- Karolu... tak zacieśniasz więzy z pracownikami?- to Max zdecydował się interweniować, bo Artur zostawił nas tylko, jak pojawił się naczelny 
- Wszystko gra- oświadczyłam 
- Pani Hanno... mogę jakoś pomóc?- zapytał Marcelli 
- Nie, dziękuję. Pójdę już.
Teraz uciekłam. Poważnie, U-C-I-E-K-Ł-A-M!!! Nie wróciłam limuzyną i nie powiadomiłam Leny. Zamówiłam taksówkę i niedługo potem trafiłam na miejsce. Niestety... tam również czekała na mnie niespodzianka... Wszystko powoli zaczęło sprzysiężać się przeciwko mnie. W poprzednim życiu musiałam poważnie narozrabiać... a naczelny był jadowitym wężem.
...

piątek, 13 kwietnia 2012

III: SPOTKANIA, PRACA I MOI BLISCY

   Rodzice przyjechali w czwartek, akurat wtedy, gdy szykowałam się do wyjścia cała zestresowana z powodu swojego pierwszego wystąpienia w radiu. Przywitałam ich szybko i wyjaśniłam pokrótce, dlaczego tak bardzo się spieszę. Natychmiast pobiegli do kuchni włączyć sprzęt, żeby móc mnie później posłuchać. Byłam zadowolona, że udało mi się to załatwić bez zbędnych pogaduszek. Wybiegłam z mieszkania jak poparzona, a i w drodze do pracy kompletnie nie uważałam. Sama dla siebie stałam się niemożliwa! Pędziłam z prędkością, przekraczającą normę. Miałam szczęście, że nikogo nie zabiłam i nie trafiłam na patrole policyjne. Obiecałam sobie w duchu, że już nigdy więcej nie zamienię się w pirata drogowego. Nie chciałam też być dla nikogo zagrożeniem. Tyle teraz wypadków! Ja jednak jestem wariatką.
   Z trudem zaparkowałam samochód w taki sposób, aby nie porysować innych aut, stojących w pobliżu. Cała byłam poddenerwowana. Dzięki Bogu, do audycji zostało mi jakieś pół godziny i zdążyłam się jeszcze przygotować. Największym problemem okazało się znalezienie odpowiedniego tematu na ten pierwszy raz. Tak bardzo chciałam zadowolić swoich słuchaczy i szefa. Byłam wdzięczna, że to nie telewizja i mogę mieć przy sobie tekst, chociaż pan Marcelli stwierdził, że za którymś razem nie będzie mi już potrzebny. Podobno potem staje się to o wiele łatwiejsze i przychodzi dość naturalnie. Podekscytowana po rozmowie z Maxem, zajęłam swoje miejsce przed mikrofonem. Jeszcze tylko Krzysiek dał mi kilka niezbędnych porad i kazał się uspokoić, mówiąc, że ma wszystko pod kontrolą, a jak na razie to moim zadaniem jest jedynie wykazanie się oratorskimi zdolnościami, bo obsługiwanie "tego specjalistycznego panelu" wymaga praktyki. Ogromna determinacja i chęć bycia profesjonalistką owładnęły moim umysłem. Czerwone światełko oznacza, że się nagrywa, tak? Matko!!! Ratunku! Stres, stres, stres...... Przypomnij sobie... Jezusie kochany! Zapomniałam, jak się czyta!!! Nie, no bez przesady... Gdybym miała trzecią i nie owładniętą stresem rękę, to walnęłabym się w twarz, aby nieco ocucić zesztywniałe ciało. Niestety, nie jestem dziwadłem i mam tylko dwie górne kończyny. JEST LAMPKA! Zaczynam!
- Witam państwa serdecznie w pierwszym i mam nadzieję, że nie ostatnim wydaniu programu radiowego: A my tu gadu-gadu. Mam na imię Hanka i od dziś, w każdy czwartek będziecie mogli usłyszeć mnie w Radiu Harmonia. Nasz dzisiejszy temat to... przeznaczenie. Wierzyć w nie czy raczej nie? Jedna z moich czytelniczek napisała kiedyś, że była u wróżki, która bardzo skrupulatnie przepowiedziała jej przyszłość. Kobieta dowiedziała się bowiem, że straci pracę, w której de facto była bardzo dobra, a następnie otworzy własną restaurację, która stanie się jej pasją i jedynym życiowym przeznaczeniem. Ona w to powątpiewała.
I rzeczywiście. Po roku przepowiednia się ziściła. Co wy na to? Czekam na wasze telefony. Dzwońcie pod numer: 663 428 756.- dzwonek usłyszeliśmy po paru sekundach. -Halo, halo! Dzień dobry! Jak masz na imię?
- Weronika. Bo to jest tak... ja kiedyś też nie wierzyłam w przeznaczenie, ale do czasu. Zaczęłam spacerować po parku z moim psem rasy labrador, Atosem. I za każdym razem, kiedy tam chodziłam, dokładnie o tej samej porze natykałam się codziennie na pewnego faceta, który również miał sunię tej samej rasy, Iwę. Wiem, historia rodem z tej bajki o dalmatyńczykach, ale to właśnie dzięki naszym pupilom zbliżyliśmy się do siebie. Teraz jesteśmy razem od ponad siedmiu miesięcy i w sierpniu bierzemy ślub! Moja odpowiedź jest więc jasna: warto wierzyć w przeznaczenie!
- Dziękujemy Weronice za to potwierdzenie. Jej historia jest dla nas doskonałym przykładem tego, iż nie należy uciekać przed czekającym na nas losem.
To zadziwiające! Ilu ludzi tu dzwoniło! Cała godzina zeszła na rozmowach z słuchaczami, a następnie przeprowadzałam wywiad z gwiazdą nowego serialu "Oblicze kobiety" Małgorzatą Rusiak. Te dwie godziny zleciały dość szybko i o dziwo, bezstresowo. Byłam z siebie dumna, a nawet dostałam pochwały od Włocha i całej ekipy. Zaczęłam zbierać się do wyjścia, kiedy pan Max przypomniał mi, że nie muszę już dziś wracać do  tamtej pracy. Był on również szefem gazety, dlatego wiedziałam, że może sobie pozwolić na danie takiego przywileju. Jednakże skorzystałam z faktu, iż miejsce funkcjonowania "Harmonii Życia" znajduje się w tym samym budynku, tyle że piętro wyżej i wpadłam tam na krótką chwilę. Zabrałam stamtąd materiały do kolejnego artykułu i legitymację prasową, którą zostawiłam poprzednio- gapa!
   Tym razem jechałam dość powoli. Zastanawiałam się, czy powinnam zaprosić rodziców, brata i bratową z dzieckiem na obiad do restauracji, czy może raczej upichcić coś samodzielnie. Wstąpiłam na moment do sklepu spożywczego i po zrobieniu zapasów, ruszyłam w kierunku domu. Niestety, kiedy byłam już w połowie drogi, mój jeep uległ awarii. Zdążyłam tylko zjechać na pobocze i zadzwonić po pomoc drogową oraz po Lenkę, która miała mnie stamtąd zabrać. Byłam załamana. Jak ja będę jeździć do pracy?! Podobno naprawa auta ma potrwać do poniedziałku. Straszne. Dlaczego akurat teraz?! Cholerne szczęście!
   Przyjaciółka pomogła zabrać mi wszystkie niezbędne rzeczy z samochodu i przełożyła do swojego. Usiadłam na miejscu pasażera i załamałam ręce.
- Ej... nie przejmuj się! To tylko kilka dni. Chyba nie będziesz rozpaczać z powodu samochodu? Nie, no błagam cię. Tylko faceci tak robią. Pamiętasz Romka? Ten to kochał swoje zabaweczki. Kiedy jego ukochany wózek zepsuł się, nie był w stanie o niczym innym myśleć. Ani o mnie, ani o pracy. O mały włos, a straciłby i jedno, i drugie! No... a tak przynajmniej zachował pracę. Możesz się pocieszyć, że byłaś zajebista w tym radiu! Masz talent!
- Dzięki- wydukałam spod przymkniętych z bezradności powiek
- Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. I tych pozytywnych, i tych negatywnych. Może chcesz zaszaleć?- zaproponowała
- Nie, nie... no coś ty. Przyjechali moi rodzice i muszę się nimi zająć.- poinformowałam ją
- O! Państwo Iga i Ignacy Jantarowie na pokładzie? To, co młoda panna Dunin (moje nazwisko; panieńskie mojej mamy) znów pod czujnym okiem opiekunów?- zażartowała
- Już nie mogę się doczekać, aż odrośnie im pępowina. Im wystarcza na to kilka sekund, a mi, żeby ją odciąć potrzeba o wiele więcej czasu...
- Tak ci się to podoba?
- Nie. Po prostu nie chcą mnie zostawić- wyjaśniłam
- Ach! No przecież...- dodała, uśmiechając się
   Dotarłyśmy na miejsce. Zapraszałam Lenkę na obiad, ale ona wymigała się jakimś służbowym spotkaniem. Podejrzewałam, że to prędzej obecność jej niedoszłych teściów i Pawła wywołała to pojawienie się wcześniej nieobecnych w zachowaniu mojej przyjaciółki, skrupułów. Weszłam do mieszkania, ale panowała tam zupełna cisza. Nawet Apollo mnie nie przywitał. Zdziwił mnie ten obrót sprawy. Wcześniej zostałabym otoczona przez rodziców i pupila, a tymczasem... nic. W salonie i kuchni pusto. Może gdzie wyszli. Nagle, z góry zaczęły zlatywać na mnie fragmenty kolorowego konfetti. Spojrzałam w górę. Stał tam Paweł z rodzicami, Anią i małą Zuzką. Dookoła latały pozostałości po tym "ataku". Apollo zbiegł po schodach i dał psiego całusa w policzek. Rodzina była w komplecie... no, niezupełnie, bo Lenka się wypięła, ale wszyscy gratulowali mi sukcesu. Mama po pewnym czasie wyjęła z piekarnika zapiekankę, a tata otworzył wino.
- Ale to przecież ja miałam zrobić wam obiad...- powiedziałam z nutką pretensji w głosie
- Nie pamiętam, żebyśmy się na coś podobnego umawiali, kochanie.- odparła mama- A gdzie Lena?- spytała po chwili
- Mamo, Lena... po prostu... ona...- plątałam się
- ... ale my nie mamy do niej o nic pretensji! I Pawuś też nie...- wytłumaczyła- I ona o tym wie, bo przecież rozmawiam z nią często, odkąd jej rodzice wyjechali do tej Hiszpanii i powierzyli nam opiekę nad córką.
- Lenka jest dorosła. A skoro to, co mówisz jest prawdą, znaczy, że to ważne spotkanie właśnie się teraz odbywa. Nie martwcie się. Jak ją znam, to wpadnie wieczorem bez zapowiedzi.
- A jak tam samochód?- zainteresował się Paweł
- Już wam mówiłam. W poniedziałek do odbioru. Sama nie wiem, co tam dokładnie się zepsuło...
   Zaraz po obiedzie Anna i Paweł musieli wracać do domu. Tak jak przypuszczałam, Lenka odwiedziła nas wieczorem. Musiała sama jeszcze raz tłumaczyć mamie, że powodem, dla którego nie mogła być obecna na obiedzie było spotkanie służbowe, a nie jej już dawno zakończony związek z moim bratem. Zaproponowałam jej, żeby została z nami na noc, na co natychmiast się zgodziła, nie ukrywając radości. Jak zwykle, kiedy u mnie nocowała, ulokowała się razem ze mną w mojej sypialni. Wiedziałam, że możemy zapomnieć o spaniu. Plotkowanie czaiło się w każdym kącie pokoju.
- Lenka! Zwariowałaś!- krzyknęłam, kiedy wparowała do sypialni z butelką szampana w ręce
- No co?! Jestem sama dla siebie szefową i nie muszę jutro pokazywać się w galerii.
- Za to ja mam obowiązek stawić się w redakcji jako trzeźwa dziennikarka. Poza tym będę odpisywała cały dzień na listy czytelników, a alkohol mi w tym nie pomoże...
- Wręcz przeciwnie! Nabierzesz pewności siebie. Twoje odpowiedzi od razu staną się bardziej błyskotliwe!
- A do tej pory nie były?- spytałam, prawie krzycząc
- Cicho! Obudzisz swoich rodziców! Przecież drażnię się z tobą, głupia...
- Aha. Dobrze wiedzieć.
- Już nieważne. Słuchaj. Ten facet jest obłędny! To właśnie z nim miałam to spotkanie. Artysta, malarz i fotograf w jednym! Zaproponował mi sesję- powiedziała z ekscytacją w głosie
- I niech zgadnę... rozbieraną, tak?
- A żebyś wiedziała. Akty to teraz najbardziej pożądane dzieła sztuki. Nie rób takiej miny...
- Błagam cię, Lenka, opanujże się!
- On jest profesjonalistą, a i ja nie podchodzę do tego zbyt... osobiście.
- Przestań tak kluczyć. Mów wprost. Podoba ci się ten "artysta"?- zapytałam, kładąc nacisk na ostatni wyraz
- Oj tam! No... masz mnie! Kurde... on jest taki nieziemski!
- Jak każdy facet z planety zwanej Marsem.
- Wiesz co?! Spadaj! Nie chcesz słuchać tego, co mam do powiedzenia, to lepiej od razu iść spać!- krzyknęła obrażona
- Przepraszam. Spokojnie. Kocham cię jak siostrę- dodałam po chwili
- I myślisz, że tym miłosnym wyznaniem uda ci się coś wskórać?
Patrzyłam na nią błagalnym spojrzeniem. Wiedziałam, że to zadziała.
- No, proszę! Dlaczego tak łatwo ulegam?
- Bo ty też mnie kochasz, dlatego.- odrzekłam z uśmiechem
Oczywiście, tak jak podejrzewałam, reszta nocy zeszła nam na plotach. Jak ten czas szybko mija? Prawie nie zauważyłam, kiedy zaczęło świtać. Pięknie, pójdę do pracy niewyspana i dam naczelnemu kolejny powód do sprzeczki. A może wykorzystam to jako argument przeważający szalę na moją stronę? Niewyspanie oznaką ciężkiej pracy.
   Kiedy wyszłyśmy z domu, rodzice jeszcze spali. W tym momencie zazdrościłam im emerytury. Też chciałabym móc się wyspać! Lenka, ja cię kiedyś uduszę poduszką!- pomyślałam, wsiadając zaspana do samochodu Lenki, która miała mnie odwieźć do pracy.
   W redakcji jak zwykle panował harmider. Zbliżał się jubileusz gazety i naczelny ścigał wszystkich przed wydaniem kolejnego numeru. Widząc, jak traktuje tych, którzy oddali mu artykuły tuż przed terminem, cieszyłam się, że przekazałam mu swoje prace kilka dni wcześniej. Chciałam uniknąć rozmowy z nim, bo miałam odpowiadać na listy czytelników. Uciekłam czym prędzej do swojego boksu i wzięłam się do roboty. Niestety, nie udało mi się ukryć przed Karolem. Przyszedł do mnie "porozmawiać". Ciekawe o czym?
- Gratuluję świetnej audycji- wydukał
- Dzięki..- odpowiedziałam dość niepewnie- A to było na serio czy raczej można to zaliczyć pod nieudane zaintonowanie sarkazmu?
- Uwierz mi chociaż raz, bo mówię poważnie. Podobało mi się.
- W takim razie dziękuję... nie patrz tak na mnie... serio. Potrafię być dla ciebie miła.
- To może wybierzesz się ze mną na bankiet jubileuszowy?
- Powiedziałam, że potrafię być miła, a nie, że obdarzam miłosierdziem... sorry. Nie przesadzajmy. Kłótnie o wiele lepiej nam wychodzą, a ja wolę wszystko robić perfekcyjnie, a nie po łebkach, rozumiesz?
- Jasne. To cześć!- pożegnał się i wrócił do siebie
   Co się z tymi ludźmi wyprawia?! Nieważne... Bardziej zainteresowało mnie to, co przeczytałam w jednym z listów.
"Szanowna Redakcjo,
Zawsze marzyłem o tym, żeby spotkać kobietę, dzięki której mógłbym znowu poczuć, że żyję. Wychowywałem się w domu dziecka, dlatego trudno mi było kogokolwiek obdarzyć zaufaniem. Znalazłem ją, moją Joasię. I wszystko byłoby dobrze, gdyby to uczucie było prawdziwe... Zostawiła mnie, mnie i naszego synka, kiedy mały miał dwa lata. Dziś nawet jej nie pamięta, a ja od kilku lat jestem po rozwodzie. Teraz czuję potrzebę odnalezienia kobiety, która potrafiłaby zrozumieć naszą historię i uszczęśliwić te zbłąkane serca. Tylko jedno pytanie: Czy to możliwe?"
Byłam zaskoczona. Jeszcze godzinę nad tym siedziałam i zastanawiałam się nad odpowiedzią. Postanowiłam zabrać pracę do domu. Do końca dnia nie zaznałam spokoju. Czy takie rzeczy zdarzają się w realnym świecie? Jeśli tak, to obraz mężczyzny jako jedynego potwora, runąłby natychmiast. Okazuje się, że kobiety również są okrutne.
   Do domu wracałam na piechotę. Chciałam przemyśleć kilka spraw. Zatrzymałam się w parku, usiadłam na ławeczce i obserwowałam ludzi. Każde z nich ma swoją własną historię. Różnili się wiekiem, wyglądem i sposobem poruszania się. Przypatrując się wszelkim szczegółom, po pewnym czasie, sama zaczęłam układać opowieść o tych osobach. Starsza pani, nazywałaby się Róża i byłaby babcią pięciorga wnucząt, a w wolnym czasie robiłaby na drutach. Młode małżeństwo to Ada i Krzysiek, planują budowę domku na wsi oraz powiększenie rodziny. Mężczyzna, który szedł alejkami wolnym krokiem z rękoma w kieszeniach, on facet około lat trzydziestu i... o mój Boże! To ten Antek. Nie wiem, co się ze mną stało. Spanikowałam. Chwyciłam za leżącą obok torbę i ruszyłam w kierunku domu. Przyspieszyłam kroku. Nagle, ktoś powiedział:
- Halo, przepraszam, proszę pani!- wiedziałam...
- Dzień dobry!- powiedziałam tylko
- Dzień dobry... spacer?- zagadał
- Tak jakby- odparłam
- Ja właśnie wracam z pracy, ciężki dzień.
- Ciężkie życie
- Najwidoczniej. Przepraszam, że pytam, ale... czy coś się stało?
- Nic. Teraz to ja przepraszam, ale trochę mi się spieszy...
- Znowu? I po raz kolejny ucieka.- odrzekł z nutką żalu
- Jeszcze raz przepraszam.
Do domu dotarłam dość szybko i zaraz po zjedzeniu obiadu, długiej rozmowie i obfitej kolacji, zasiadłam przed komputerem, aby odpisać czytelnikowi. W głowie wciąż miałam pustkę.
"Drogi Czytelniku,
Często zdarza się tak, że tracimy nadzieję, bo życie dało nam w kość. Na sercu jest wtedy wiele ran, ale zarówno w tym, jak i w innych przypadkach najlepszym lekarzem jest czas i tylko od pana zależy, kiedy dojdzie pan do siebie, a pamiątki po dawnych <<wojażach>> zabliźnią się, będąc jedynie swego rodzaju nauczką. A oto odpowiedź na pana pytanie: tak, to możliwe. W życiu dostajemy tyle szans, ile nam potrzeba, tylko musimy umieć je dostrzegać i właściwie wykorzystywać. Powodzenia!
W imieniu redakcji
Hanka"
***

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

II: NOWE ZNAJOMŚCI

   Spałyśmy do południa. Ta noc była jedną z najbardziej szalonych w naszym życiu. Lenka dosłownie chrapała nad moją głową. Ja usadowiłam się na podłodze, a ona na kanapie. Cała sytuacja była nieco żenująca, toteż cieszyłyśmy się, że byłyśmy tam same. Ja wstałam pierwsza, nie mogąc już dłużej znosić tego dyskomfortu. Dosłownie na krótką chwilę świat wokół mnie zaczął wirować, ale podejrzewam, że to prędzej z powodu szybkiego podniesienia się z podłogi. Słońce muskało promieniami moje włosy i oślepiało, gdy stałam wpatrując się w przestrzeń za szybą. Apollo zaczął warczeć pod drzwiami, prowadzącymi na taras, dlatego szybko go wypuściłam, a sama udałam się do kuchni, gdzie przygotowywałam śniadanie dla dwóch szalonych przyjaciółek. Hmmm... Najlepszy będzie sok ze świeżych pomarańczy, mocna kawka i może jajecznica? Wyjęłam produkty z lodówki i zaraz po wyciśnięciu owoców oraz zaparzeniu pobudzającego napoju, natychmiast wzięłam się za smażenie. Zapach potrawy dolatywał do nozdrzy dalmatyńczyka, który w mgnieniu oka znalazł się przy mnie, skomląc w geście wyproszenia czegoś dobrego. Dałam mu kości po wczorajszej kaczce i obserwowałam jego reakcje. Pies tak bardzo się ucieszył, aż zaczął szczekać, budząc przy tym Lenkę.
- Kamil, Kamil... - mówiła z wciąż zamkniętymi oczami.
- Nie, ale równie przystojny Pan Apollo u twych stóp- odpowiedziałam na jej majaczenie
- Nie rób sobie jaj o tak wczesnej porze!- krzyknęła lekko podirytowana- I dlaczego drzwi na taras są otwarte?! Chcesz mnie zatruć dawką świeżego powietrza po wczorajszych wybrykach?- tym razem to ona przejęła pałeczkę w żartowaniu
- Oczywiście. A tak nawiasem mówiąc, to już dochodzi druga. Chodź do stołu. Śniadanio-obiad podano!- oznajmiłam
- Mam kaca jak stąd do twojego kibelka...
- To dobrze. Znaczy, że szybko ci przejdzie, bo mój "kibelek" jest niedaleko.
- Poważnie? Ale w tej właśnie chwili wydaje się, jakby to było tysiące mil stąd. O! Kawusia!- zawołała ze zbawiennym tonem w głosie- A tobie nic nie jest?
- Nie, moja droga. Ja wypiłam trzy lampki wina, a nie dopijałam pozostałości z butelek z żalem opowiadając o idealnej miłości.
- Serio? Aż tak ze mną było źle, że zaczęłam ględzić o takich pierdołach?
- Taaaaaak....
   Lenka wyszła zaraz po śniadaniu, ponieważ chciała odpocząć przed kolejnym dniem w pracy. Ja natomiast postanowiłam wybrać się na krótki spacer ze swoim pupilem. Apollo podszedł do tego bardziej entuzjastycznie niż jego właścicielka i wymusił na mnie uśmiech.
   O tej porze w parku nie było zbyt wielu ludzi. Moją uwagę zwrócił jedynie pewien mężczyzna, grający z małym chłopcem w piłkę. Mogłam się tylko domyślać, iż maluch był jego synem. Skóra zdjęta z ojca- pomyślałam, analizując ich wygląd. Facet miał krótkie blond włosy, lekko poskręcane i wyrzeźbioną sylwetkę, niczym u greckiego boga- prawdopodobnie dużo przebywał na siłowni, chcąc następnie obserwować w lustrze rezultaty treningów. Mniejszy, również o jasnych, lśniących loczkach, dłuższych niż u rodziciela charakteryzował się, rzecz jasna, nieco mniej urozmaiconą w mięśnie sylwetką. Dziecko podbiegło do niego nagle i rzuciło się na szyję swemu ojcu. Na chwilę zmiękło mi serce, z czego nie byłam zadowolona. Nigdy nie dopuszczałam do siebie tego typu emocji. Musiałam być twarda. Mężczyzna, wołając go później użył imienia Rafał. Mały w podskokach do niego dotarł, niestety, po drodze raniąc się w kolano w wyniku nieszczęsnego upadku. Ojciec znalazł się przy nim w mgnieniu oka i szukał czegoś w kieszeniach. Pomyślałam, że zapewne potrzebują opatrunków. Chciałam im pomóc. Podeszłam do tej dwójki i podałam plaster oraz żel, zastępujący wodę utlenioną. Apollo również nie omieszkał pocieszyć chłopca.
- Dziękuję pani- odparł mężczyzna w brązowej marynarce ze sztruksu
- Naprawdę, nie ma za co. Cieszę się, że na coś się przydałam. Dzielny jesteś. Nawet nie płakałeś- zwróciłam się do małego chłopca o błękitnych oczach... tak jak u ojca.- Ma pan twardego syna- pochwaliłam
- Tak, wiem. Skąd pani wiedziała, że to mój syn?- zaskoczył mnie tym pytaniem
- Em... ja... jesteście bardzo do siebie podobni- odpowiedziałam
- Tak też może być u rodzeństwa. To stwierdzenie musi wynikać z dość dogłębnej analizy. Obserwowała nas pani?
- Ależ skąd. Tak... gołym okiem widać, przecież- zaczęłam się plątać
- Spokojnie. Tylko żartowałem. Rafał, podziękuj pani...- nie dokończył, oczekując, że się przedstawię
- Hanka.- dopowiedziałam
-... pani Hani, tak.- dodał mężczyzna
- Dziękuję. Jesteś bardzo ładna- odrzekł chłopiec
- A ty niezwykle czarujący. Nie ma za co, skarbie.
- Przepraszam za niego. On zwykle miewa więcej taktu i jest bardziej nieśmiały- wyjaśnił... nieznajomy, kiedy Rafał pobiegł do piaskownicy
- To ja już pójdę- powiedziałam i odwróciłam się w stronę chodnika
- Niech pani zaczeka!- krzyknął za mną mężczyzna- Mam na imię Antek.- przedstawił się- A to moja wizytówka na wypadek, gdybym mógł się jakoś odwdzięczyć i... czy bym mógł w tej samej kwestii prosić o pani...
- Jasne. Proszę- podałam mu małą prostokątną karteczkę z danymi... CO JA ZROBIŁAM?!
- Pani Apollo... Apollo, tak? Apollo bawi się z Rafałem w piaskownicy. - poinformował mnie
- Tak właśnie patrzę. Apollo! Apollo! Chodź tutaj! Do nogi!- wołałam, aż pies do mnie wrócił
   Nastał wieczór. Siedziałam na tarasie, czytając jakiś dramat i zdaje się, że na chwilę dałam się porwać w objęcia Morfeusza. Po chwili, obudził mnie jednak dźwięk, dzwoniącego telefonu. MAMA.
- Halo, mamuś?
- Córeczko! Jak miło cię słyszeć. Co tam u ciebie? Wszystko w porządku? Jak tam twoje sprawy?
- Zadajesz tyle pytań, że aż się pogubiłam, na które mam odpowiedzieć najpierw....
- Oj tam... po prostu mi wszystko opowiedz.- zachęciła
- Z góry uprzedzam, że jeżeli liczysz na jakiegoś newsa związanego z facetem, to nic nie słychać i nie ma o czym opowiadać.
- O matko! To jak ja mam liczyć na rozprzestrzenianie się moich genów?
- Na co? Mamo, a ty się dobrze czujesz, bo chyba to górskie powietrze ci zaszkodziło? A właśnie... jak się czujesz po wizycie w tym sanatorium?- sprowadziłam temat na inne tory
- A dziękuję, bardzo dobrze. Muszę osobiście podziękować Pawełkowi za ten prezent.
- To znaczy, że...
- Tak. Przyjeżdżamy z ojcem do Warszawy. I czy moglibyśmy się u ciebie zatrzymać? Bo chcemy tak trochę u ciebie, trochę u Pawusia.
- Bez problemu.
   Po dwugodzinnej rozmowie, poczułam się jeszcze bardziej wyczerpana niż przedtem. Wzięłam szybki prysznic i szybko położyłam się do łóżka. Z jednej strony cieszyłam się, że rodzice przyjadą, ale z drugiej... nie chciałam słuchać matczynej pogadanki na temat poszerzania moich znajomości w kwestiach męsko-damskich.
   Znowu nic mi się nie śniło. Moje myśli zagłuszał szum wiatru. Chciałam jeszcze chwilkę poleżeć, ale w głowie zaczęły pojawiać się wspomnienia wczorajszego spotkania z blondynami, niczym sceny z filmu.
- NIE!!! Słyszysz?! Nie! Nigdy w życiu! Wyrzuć to z pamięci i koniec!- krzyczałam do siebie
- Z czym koniec?
- Lenka?! Co ty tu robisz?- zdziwiłam się na jej widok w mojej sypialni
- Zapomniałaś? Mam klucze, Pani Mądralińska. Dziś to ja zrobię ci śniadanko. Zapraszam do kuchni!
- Twój optymistyczny nastrój mnie kiedyś wykończy. Czekaj... kupiłaś muffinki? I kawę z...
- ... no i co z tego?! Liczą się dobre chęci. Chodź, bo ciemny trunek stygnie.
   Nie wiedziałam, czy mam opowiadać swojej przyjaciółce o incydencie w parku. Mogłaby zacząć snuć jakieś podejrzenia. Wolałam z tym jeszcze trochę poczekać. Niestety, od urodzenia jestem gapą i zapomniałam wsadzić do kalendarzyka wizytówkę, która w tym momencie leżała nieopodal ręki Leny. Zaczęłam lustrować tę małą karteczkę i sama się zdradziłam.
- Kto to jest: Antonii Suprzyński? Aaaa... czekaj, czekaj... architekt. Niech zgadnę: starszy, siwy pan, który pragnie odnowić twoje mieszkanko?- zgadywała
- Tak! Planuję wyburzenie schodów, wiesz? A czy ja coś wspominałam o remoncie?
- W takim razie zaczęłaś gustować w starszych panach...- ciągnęła dalej- Ej, no, przyznaj się. Też miałam starszych facetów i wcale nie są tacy obrzydliwi. Głowa do góry!
- Jak ty coś palniesz, to naprawdę. Pan Antonii... znaczy Antek- poprawiłam się, nie chcąc przybierać poważnego tonu- jest mężczyzną około lat trzydziestu i ma ślicznego synka.-oświadczyłam
- Ja pierdziele... Trafił ci się podwójny towar. Albo potrójny, jeżeli żonka jest w zestawie. Hahaha!
- Błagam. Przestań żartować! Wkurzasz mnie tylko!- wrzasnęłam i odwróciłam się do niej plecami
- Przepraszam. Ja tylko bym chciała, żebyś w końcu...
- Żebym w końcu była szczęśliwa, tak?!- dokończyłam za nią- A dlaczego wy wszyscy myślicie, że bez faceta nie jestem szczęśliwa? Otóż, jestem cholernie szczęśliwa i nie potrzebny mi do tego żaden samiec alfa, jasne?!
- Jasne, jasne, skarbie.
   Ta rozmowa zakłóciła mój spokój. Już nie mogłam się na niczym skupić, a z moich oczu ciskały błyskawice. Nasza konwersacja wkroczyła na niepewny grunt, ponieważ temat obecności jakiegokolwiek faceta w moim życiu wywoływał u mnie napady złości i zmuszał do myślenia o tym przez kolejne kilka dni. Kazałam Lence zaczekać na mnie w moim domu, a sama wyszłam na małe zakupy do osiedlowego marketu. Nie chciałam od niej uciekać, ale... musiałam choć przez chwilę pobyć sama. Weszłam do sklepu i zaczęłam wrzucać do koszyka różne rzeczy: cytrynę, pomidory, sery, a kiedy doszłam do działu ze słodyczami i nieudolnie próbowałam zdjąć z góry pralinki, usłyszałam za sobą:
- Dzień dobry!- powiedział męski głos
- Dzień dobry...- odparłam odwracając się w stronę mężczyzny
- Pani pozwoli, że jej pomogę, dobrze?- zaproponował blondyn
- Już prawie to...
- Proszę- odrzekł, podając mi pudełko z czekoladkami- To te, tak?- chciał się upewnić
- Tak, dziękuję.
- Tato, tato! Ja chcę te chrupki!- krzyczał mały chłopiec, biegnąc w naszą stronę- Cześć...- powiedział nieśmiało
- Cześć!- przywitałam Rafałka
- Jak ty się do pani odzywasz? Dzień dobry się mówi, synek- poprawił malca
- Nic się nie stało. Przecież my jesteśmy na ty, prawda, Rafał?- spojrzałam z uśmiechem na chłopca
- Tak!
- Ja już muszę wracać.- powiedziałam bez zastanowienia- Do widzenia!- rzuciłam na odchodnym
   Idąc alejkami i wdychając świeże powietrze, zdołałam już całkowicie ochłonąć. U drzwi przywitał mnie Apollo. Zobaczyłam też jak z klatki schodowej zbiega Kacperek, który bardzo szybko znalazł się w moim mieszkaniu, a dzięki jego obecności Lence znowu udało się udowodnić, że ani trochę nie nadaje się na opiekunkę. Kiedy ja przygotowywałam jedzenie, ona wdała się w dyskusję z małym chłopcem, a wszystkie ich słowa dolatywały do mnie z salonu.
- Mały, słuchaj ciotki. Bo to jest tak.. jak dziewczyna ci się podoba, to nie możesz do niej podejść i powiedzieć: siema, laska! Bo to obraża naszą płeć, kumasz? Kup jej jakieś kwiatki, bombonierkę i zobaczysz, że padnie ci do nóg!- Lenka dawała rady Kacprowi
- Lena, oni mają po sześć lat!- zawołałam z kuchni
- Ojejku! To kup jej ładną lalkę, a będzie twoja, a za kilka lat, pogadamy sobie o...
- Lenka! O czym ty z nim rozmawiasz?! No, pięknie, a potem będzie na mnie, że dziecko przychodzi do domu i takie bzdury opowiada!- krzyknęłam na nią
- No dobrze, już dobrze. Ale mały, pamiętaj, co ci ciotka mówiła- zwróciła się do chłopca, mrugając do niego
   Na obiad zrobiłam pizzę i specjalny sos. Wszystko zniknęło z talerza w bardzo szybkim tempie. Lenka musiała wracać do pracy, a mały do domu. Znów zostaliśmy sami z Apollem. Leżąc na tarasie, popijałam kawę i czytałam książkę. Wieczorem, popracowałam jeszcze nad niedokończonym wcześniej artykułem, nie mogąc doczekać się powrotu do biurowca. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam. Wstałam jak zwykle do pracy o godzinie szóstej trzydzieści. Wypuściłam dalmatyńczyka na taras, a sama wzięłam prysznic. Kurcze, ja naprawdę nie mam się w co ubrać! Hmmm... klasyczne jeansy, biała bluzka i czarna marynarka. Prędko włożyłam na siebie cały zestaw, chwyciłam za kluczyki do samochodu i torebkę. Po zamknięciu mieszkania, wskoczyłam do swojego czarnego jeepa i ruszyłam w kierunku biurowca. Tym razem byłam na czas.
   Po oddaniu moich wypocin, zabrałam się za wymyślanie pytań do wywiadu z nową gwiazdą świata show-biznesu. Około godziny drugiej po południu, wyszłam na lunch do naszego bufetu. Zjadłam sałatkę i wypiłam kawę. Popracowałam jeszcze do szesnastej, po czym zabrałam się do wyjścia.
- Dopiero co wróciłaś do pracy i już harujesz o godzinę dłużej niż powinnaś?
- Artur... przestraszyłeś mnie. A tu jeszcze tutaj?
- Czekam na ciebie- oznajmił
- Wybacz, ale niepotrzebnie. Trochę mi się spieszy.
- I po raz kolejny wymówka...
- Przepraszam, ale naprawdę muszę już wracać
- Pozwól się chociaż odprowadzić.- poprosił
- Przyjechałam własnym samochodem. Cześć.- powiedziałam i wyszłam z budynku
   Może ja źle robię? Czasem zastanawiam się, jak powinnam postępować wobec większości moich znajomych. Zdaję sobie sprawę z tego, iż nie zawsze jestem sprawiedliwa, ale to naturalny objaw wynikający raczej z obecności czegoś, co zwie się sumieniem, niż celowym odrzucaniem zalotnych manewrów. Wiem, że żaden człowiek nie powinien być samotny, ale wątpię w to, że potrafiłabym dzielić z kimś życie. To niezwykle trudne zadanie, a ja nienawidzę porażek, dlatego wolę unikać wszelkich zagrożeń z tym związanych. Pozostaję w cieniu odważnej przyjaciółki, bo to łatwiejsze. Odkąd pamiętam starałam się wybierać rzeczy bardziej skomplikowane do rozwiązania, ale dotyczyło to zapewne kwestii nauki, studiów, pracy, a nie wyboru partnera, czy życiowej drogi. Mam mętlik w głowie i z niecierpliwością czekam na przyjazd rodziców.
...

sobota, 7 kwietnia 2012

I: I TAK NA WSTĘPIE POWIEM, ŻE...

   Już po raz kolejny obudziłam się w swoim wielkim łóżku, przypominając sobie te czasy, kiedy to mama przychodziła do mnie z rana i całując w czoło zmuszała do dobrowolnego wstania. Wtedy nie miałam żadnych wątpliwości, że to, co robię ma jakiś sens. Kawałek po kawałku zaczęły otulać mnie wspomnienia. Doskonale pamiętam dzień, kiedy to po raz pierwszy zostałam zaprowadzona przez mamę do przedszkola. Malutka Hania samodzielnie wiązała buciki, podczas gdy reszta dzieci musiała polegać na swoich rodzicach. Czy to takie dziwne? Mama chciała, żebym od dziecka potrafiła radzić sobie sama. Do dziś mi to zostało. Nauczyłam się wielu rzeczy. W wieku dziesięciu lat umiałam gotować, grać na pianinie, a wcześniej płynnie czytać i pisać. Nie, nie chwalę się. Wychowywałam się bez biologicznego ojca i mama chciała, żebym nigdy nie musiała prosić nikogo o pomoc. I zdaję mi się, że sprostałam jej oczekiwaniom.
   Spytajcie mnie, czy wierzę w sprawiedliwość. Odpowiedź jest prosta. NIE. Bo jak ktoś, kogo porzucono bez żadnego konkretnego powodu może w nią wierzyć?! Tak, tata nas zostawił. Nigdy go nie widziałam, ponieważ najwyraźniej nie chciał uczestniczyć w moim życiu. Moim ojcem stał się Ignaś, mąż mojej mamy. Ignaś miał syna z poprzedniego małżeństwa. Paweł jest ode mnie starszy o cztery lata i zamieszkał z nami zaraz po ślubie naszych rodziców. Jego mama również nie sprostała macierzyńskim zadaniom i uciekła do Londynu ze swoim nowym partnerem. Zawsze nazywaliśmy się parą porzuconych cudaków. Paweł obiecał, że będzie się mną opiekował, kiedy już wyjadę z domu na studia do Warszawy, gdzie sam się uczył. Problem w tym, że tak bardzo spodobała mu się rola nachalnego starszego brata, iż nie odstępował mnie na krok. Przez pierwszy miesiąc, rzecz jasna. Potem zakochał się, skończył studia i stał się najpopularniejszym kardiochirurgiem w kraju. No, może nieco przesadziłam- w mieście. Rok temu wziął ślub z Anną. Wspaniała kobieta. Jestem niezmiernie szczęśliwa, że mój brat ma kogoś takiego jak ona. A! Mają prześliczną córeczkę Zuzię. Oczywiście jestem jej chrzestną.
   Co się dzieje teraz? Teraz mam dwadzieścia pięć lat i zajmuję się swoją dziennikarską pracą. Niestety, w naszej stolicy niezwykle trudno jest się przebić, dlatego mój kochany brat zaproponował, że załatwi mi jakąś "dobrze płatną fuchę". Ja jednak wolałam samodzielnie się o to postarać. I udało mi się! Po napisaniu próbnego reportażu dostałam się do zespołu redakcyjnego w "Harmonii Życia". Zajmuję się różnymi rzeczami: od felietonów po wywiady.
   Dużo piszę o pracy. Wiem... ten pracoholizm. Tylko że moje życie prywatne jest tak kolorowe i zapełnione jak sklepy w czasach PRL-u. Paweł stwierdził, że mam jakiś nieuleczalny uraz do facetów przez to, co zrobił mi mój biologiczny ojciec. Powiedział też, że jestem niezwykle ciężkim przypadkiem i potrzebuję terapii.
***
   Dzięki Bogu, że posiadam własny samochód! W tym zatłoczonym mieście jest gorzej niż w mrowisku. Wiedziałam, że jeszcze chwila, a spóźnię się do pracy. No, to naczelny będzie miał używanie. Nie, no... nie dam mu tej satysfakcji. Co się tam dzieje? Skąd ten korek? Różne myślii chodziły mi po głowie. Zaczęłam sobie wyobrażać jakiś straszny wypadek z udziałem co najmniej dwóch ciężarówek, ale moja głowa nie najlepiej to zniosła. 
- Proszę pani, przepraszam, proszę pani!- zaczepił mnie jakiś człowiek
- Tak? O co chodzi?- spytałam 
- Dzień dobry! Tam strasny wypadek, strasny!- zauważyłam, że mężczyzna nie jest Polakiem i urodą przypominał Francuza, a jego pochodzenie zdradzał zwłaszcza charakterystyczny akcent.- Pardon, ale tam nie wiedzą, co robić, a pani brat lekarz, ja pamiętam panią, pani była jak mnie badał w czwartku.- a jednak- Francuz
- A tak! Rzeczywiście pamiętam pana... ale ja nie rozumiem. Nie wezwali karetki?- zdziwiłam się
- Przez ten gorąc duża ludziów mdlewa. I korek się nie cisną.
- Ale to niemożliwe. Tyle szpitali i żadnej karetki?! 
- Pani do on dzwoni.
Wyjęłam z torebki telefon i wybrałam odpowiedni numer. Włączyła się poczta. Najwyraźniej miał jakąś operację.
- Niestety nie mogę się do niego dodzwonić. 
- Pani wysiąść.
- No dobrze, ale nadal nie bardzo rozumiem...
Wysiadłam z samochodu i wtedy miałam lepszy widok. No tak! To była jedna ze scen do tego nowego filmu akcji. Francuz najwyraźniej nie zrozumiał. Nagle poczułam, że coś jest nie tak. Francuzik mnie wykiwał! Okazało się, że reżyser potrzebował jakiejś sceny na uboczu i wykorzystał początkującego, zagranicznego aktora do zrobienia pożądanego ujęcia. 
- To co?! Miałam tylko wysiąść z auta? I nie mógł pan poprosić kogoś innego?!- pytałam z krzykiem
- Najmocniej przepraszam, ale taka... moja rola, można rzec.- odpowiedział z głupawym uśmiechem na twarzy
- A po polsku też pan umie dobrze mówić? Hy... Do wiedzenia! Pojadę okrężną drogą.
Odwróciłam się na pięcie i wsiadłam do samochodu, trzaskając drzwiczkami. Dziesięć minut później byłam już w biurowcu i szłam w kierunku swojego boksu. 
- No proszę, proszę... kogo my tu mamy? Spóźniłaś się.- usłyszałam za plecami
- I co? Wylejesz mnie za to, że jestem w pracy o ósmej pięć, a nie o ósmej zero zero?- zapytałam nieco sarkastycznie
- Hehehe- zaśmiał się- Oczywiście, że nie. Panienka coś nie w humorze? Masz jakiś pomysł na artykuł?- zapytał
- Tak. "Jak często jest się wykorzystywanym przez zagranicznych palanto-aktorów".
- Długi tytuł. Posłuchaj... 
- Czego ja mam znowu posłuchać?!- oburzyłam się, rozpakowując swoje rzeczy i szybko odwróciłam w stronę naczelnego-bezczelnego. Mój błąd. Obok Karola stał przedstawiciel naszego radia- Pan Max Marccelli, Włoch o polskich korzeniach. A może Polak z włoskimi? W każdym razie świetnie włada dwoma językami.
- Najmocniej przepraszam- wydusiłam z trudem
- Nic się nie stało. Zły dzień, rozumiem. Możemy porozmawiać?
- Ja z panem?
- Tak. Ja i pani. Zapraszam do gabinetu naczelnego. Nie masz nic przeciwko, prawda?- zwrócił się do podirytowanego Karola. Najwidoczniej ten myślał, że dostanę od Włocha reprymendę.
   Dwie minuty później siedzieliśmy już na wygodnych krzesłach w eleganckim pokoju, świadczącym o guście naszego naczelnego. Bywałam tu tak często, że nie dziwiły mnie już nawet jego zdjęcia z dzieciństwa powywieszane na  ścianach, co przemawiało jedynie za jego wygórowanym poczuciem wyższości oraz brakiem tak cennej skromności.
- Chodzi o to, że mam dla pani propozycję. - zaczął
- A zatem słucham...
- Miałaby pani ochotę poprowadzić nasze czwartkowe audycje? Dokładnie od dziewiątej rano do jedenastej.
- Jestem zaskoczona... Taaak, jak najbardziej tak!- wykrzyczałam z radości i bez najmniejszego zawahania
- W takim układzie cieszę się i do zobaczenia za tydzień.- rzucił na odchodnym- A... i pisze pani naprawdę świetne teksty. Prawdziwy talent.- pochwalił
- Dziękuję, do widzenia.
Ten dzień był trochę inny niż poprzednie. Byłam tak naładowana pozytywną energią, że nawet te irytujące uwagi naczelnego mogłam znosić z anielską cierpliwością.
   Po napisaniu felietonu i autoryzacji wywiadu był najwyższy czas, żeby wrócić do domu. Wybiegłam z biurowca i natychmiast wsiadłam do samochodu. Po drodze wstąpiłam jeszcze do marketu, żeby uzupełnić zapasy w lodówce. A tak, karma dla psa! Mój drogi Apollo, dalmatyńczyk, zapewne z utęsknieniem czeka na swoją codzienną porcję zdrowej żywności.
   Osiedle, na którym mieszkam składa się z kilku bloków. Każde z mieszkań ma parter i piętro, a moje dodatkowo taras przy kuchni i salonie. Mieszkam na samym dole- dzięki Bogu!!! Mam lęk wysokości i naprawdę nie byłabym w stanie dłużej wytrzymać na którymkolwiek z pięter. A tak posiadam piękny kawałek ogródka z altanką i balkon, gdzie nikt prócz mnie nie ma dostępu, a nawet wścibscy sąsiedzi pozbawieni są możliwości podglądania mojej posiadłości, ponieważ ich balkony znajdują się po drugiej stronie bloku. Uwielbiam panią Malwinę! Jest dozorczynią i codziennie mnie odwiedza. To najmilsza staruszka i najbardziej żwawa, jaką kiedykolwiek spotkałam. Zastępuje mi babcię, której nigdy nie dane mi było poznać.
   Jak wygląda moje królestwo? Otóż, wchodząc do niego po kamiennej ścieżce można rozkoszować się pięknym widokiem popołudniowego słońca, którego promienie odbijają się od marmurowych części bloku. Drzwi wejściowe są proste: białe, drewniane. Salon połączony jest z kuchnią. Po prawej stronie znajdują się schody z jasnego drewna, które prowadzą na górę. Północna ściana parteru jest oszklona, aby mieć lepszy dostęp do tarasu, natomiast część z kuchnią od trzech stron otacza biała ściana- no tak- dominacja białego. Kocham tam gotować! Kiedy coś pichcę zawsze mogę wyjrzeć przez okienko i obserwować Apolla, śmigającego po ogródku. Meble w kuchni są dla odmiany nieco ciemniejsze, natomiast w salonie... jasne. Biała kanapa, szklany stoliczek, dużo regałów z książkami i oczywiście plazma, bez której nie mogłabym się obejść. Góra... hmmm... Mam stamtąd widok na parter, co bardzo mi się podoba. Mój pokój, jednak znajduje się na dole, ale opis mojej oazy spokoju zostawię na potem. Na piętrze są trzy pokoje  gościnne i jedna łazienka. Rzecz jasna na dole mam jedną łazienkę, do której wchodzi się od sypialni i toaletę dla ewentualnych przybyszów. Trochę mi wstyd, ale czasem nie jestem w stanie dokładnie opisać swojego ogrodu, biorąc pod uwagę fakt, iż nie umiem właściwie rozpoznawać nazw kwiatów, krzewów i drzew tam rosnących. Ujmę to zatem jednym słowem, doskonale oddającym jego charakter: RAJ. A sypialnia? Kremowe ściany, podłoga z jasnego drewna, olbrzymie łóżko z miękką pościelą w kwiaty, biurko, krzesło, szafa i... wejście na taras. Dzięki tej dostępności do natury codziennie rano budzę się wypoczęta i pierwszą rzeczą, która stała się już nieodłączną częścią rytuału jest rozciąganie się w ogródku i oddawanie przyjemnościom, jakie daje uczucie świeżego powietrza w nozdrzach.
   Zaraz po wejściu do domu postanowiłam wybrać się na mały spacer z Apollem po osiedlowym parku. Pies tak bardzo się ucieszył na mój widok, że zaczął skakać po mnie z wielkim zapałem.
- Hej! Bo zaraz mnie przewrócisz, szaleńcu!- powiedziałam, głaszcząc zwierzaka
   Pięć minut później maszerowaliśmy alejkami. Oczywiście nie obyło się  bez aportowania i biegania. Ten futrzak sprawił, że zaczęłam czuć się naprawdę zmęczona, toteż natychmiast wróciliśmy do domu.
   Słońce jeszcze nie zaszło całkowicie, kiedy wróciliśmy na miejsce. Nakarmiłam Apolla i sama poszłam wziąć prysznic. Po tej chwili relaksu mój spokój szybko został zakłócony przez dźwięk telefonu komórkowego. To był Paweł. Ciekawe, co też mogło się stać?
- Tak, braciszku...- zaczęłam
- Posłuchaj, bo jest taka sprawa. Haniu, mogłabyś zająć się dzisiaj Zuzią? Ja mam całonocny dyżur, a i Annie kazali zostać w pracy. Czy mała może u ciebie..
- ... nocować? Jasne, że tak! Jutro mam wolne, także spokojnie. Damy radę.- odpowiedziałam bez namysłu
- Uff.... kochana jesteś, wiesz? To my zaraz będziemy
Nie zdążyłam jeszcze się rozłączyć, jak tylko usłyszałam dzwonek do drzwi. Zastanowiło mnie to bardzo.
No tak! U progu stała Anna z małą Zuzką na rękach, a za nimi szedł mój brat, pchający wózek. Nie mogłam opanować śmiechu. Ta sytuacja wydała mi się bardzo zabawną. Paweł przyprowadził wózek na środek korytarza i wręczył mi kilka drobiazgów potrzebnych do opieki nad małym dzieckiem. Przytuliłam małą mocno i dałam jej całusa w czółko za co otrzymałam słodki uśmiech. Wypędziłam jej rodziców z mojego królestwa, żeby dłużej nie przeciągać tego rozstania. Postanowiłam włączyć muzykę, przy której moja bratanica natychmiast przestawała markotnieć. Nagle przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł! W związku z tym, iż dostałam parę dni wolnego miałam wreszcie okazję zaprosić swoją przyjaciółkę na dłuższe posiedzenie. W głowie mnożyły mi się wizje smakołyków, które mogłabym przyrządzić. Zostało już tylko zadzwonić do Leny. Podejrzewałam, iż o tej porze grasuje zapewne po sklepie spożywczym w poszukiwaniu czegoś, co zaspokoiłoby jej apetyt. Swoją drogą, jak na takiego obżartucha, jest dość szczupłą kobietką. Chociaż często bywa na siłowni... w sumie, nie ma się co dziwić. Za to facetów zmienia jak rękawiczki. Nawet nie pamiętam imion wszystkich jej ofiar. Tak, przyznaję, pierwszy raz w życiu zrobiło mi się szkoda tej  płci i udało mi się choć na chwilę schować swoje mizoandryczne poglądy. Wyciągnęłam telefon z kieszeni szlafroka i napisałam krótkiego SMS-a w pełni oddającego moje postanowienia względem jutrzejszego wieczoru, a już kilka sekund później otrzymałam odpowiedź: "Wariatka jesteś, wiesz? Ale świetnie, że się w końcu spotkamy na lampkę, no może na kilka buteleczek, dobrego winka. Do zobaczonka".
   Nastała noc. Zuzia spała smacznie w swoim wózeczku nieopodal mojego łóżka. Było tak spokojnie, aż do chwili... Usłyszałam tylko stukanie do drzwi. Ktoś walił w nie z siłą właściwą dziecku. Od razu się domyśliłam, że to pewnie Kacper, syn sąsiadów. Natychmiast wstałam i pobiegłam mu otworzyć. Nie myliłam się, u progu stał mały łobuziak, który czmychnął niepostrzeżenie w kierunku mojej sypialni, gdzie usadowił się wygodnie na łóżku. Jego zachowanie nie dziwiło mnie już od pewnego czasu. Chłopiec miał bardzo zapracowanych rodziców i kiedy niania zasypiała, on odkluczał drzwi i zmykał do mnie. Jego rodzice byli tego świadomi i wiedzieli, że nie sprawia mi to żadnego kłopotu. Kiedy weszłam do pokoju, sześciolatek leżał pod kołdrą, wpatrując się ze zdziwieniem w wózek.
- A kto to?- zapytał z zaciekawieniem
- Moja bratanica, Zuzia. Śpi słodko, a teraz i ty już zmruż oczka, dobrze?
- Ok. Dobranoc, Niusiu.
Niusia. Tylko on mnie tak nazywał. To skrót od Haniusia. Kacperek lubił, kiedy mu gotowałam lub czytałam na dobranoc. Tym razem zmuszona zostałam jedynie do całusa w nosek i krótkiego utulenia.
   Noc minęła spokojnie i bez większych przygód. Zuzia obudziła się dopiero o ósmej, kiedy to zdążyłam już przygotować śniadanie. Dopijając poranną kawę i czytając gazetę doznałam jednego z najprzyjemniejszych uczuć słodyczy. Moim oczom ukazał się nieziemski widok. Mały Kacperek pchał wózek z Zuzią w moim kierunku, twierdząc, iż należy nakarmić "jego księżniczkę". Wyjęłam z lodówki mleko, które szybko podgrzałam i po sprawdzeniu temperatury zaczęłam karmić dziecko. Kacperek jadł swoją sałatkę owocową i popijał sokiem pomarańczowym przy okazji wpatrując się w telewizor. Błoga cisza nie trwała długo. Do mieszkania wparowała Lena, wypominając mi, że zapomniałam zakluczyć domu.
- Czyś ty do reszty oszalała?!- krzyknęła i dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że jestem w otoczeniu maluchów, a jej zachowanie wydało się nieco nie na miejscu w  tej sytuacji.
- Ja również się cieszę, że cię widzę- odpowiedziałam
- Oho, Matka- Polka w pełnej krasie, co? Cześć maluchy!
- Nie żartuj sobie, bardzo cię proszę. Rodzice Kacperka pracują, więc...
- ... mały się schronił pod opiekuńczymi skrzydłami Niusi, wiem, wiem. A Zuzka? Czy obecność dzieci nie przekreśla naszych planów na wieczór?
- Moja droga, jak sama powiedziałaś, są to "plany na wieczór", a teraz jest prawie dziewiąta rano.
- No dobrze już. Uuuu... co my tu mamy pysznego? Sałatka owocowa i sok ze świeżych pomarańczy. Ten to ma dobrze. Wzięłam wolne na jutro, także możemy sobie dzisiaj spokojnie zaszaleć!- krzyknęła z typową dla siebie euforią
- "Spokojnie zaszaleć"? Nie sądzisz, że z tym oksymoronem, to już lekkie przegięcie, kochana?- zażartowałam
- Hahahaha- zaśmiała się sarkastycznie- Dobra, ja lecę do mojej "Fabryki marzeń", pa!- pożegnała się i już jej nie było.
Lenka jest właścicielką galerii, w której praktycznie co tydzień mają miejsce jakieś wernisaże. Zarabia mnóstwo kasy i równie szybko, jak ją zdobywa, tak ją przepuszcza. Poznałyśmy się jeszcze w naszym ukochanym rodzinnym miasteczku. Chodziłyśmy do jednej klasy liceum i zawsze tworzyłyśmy dość niekonwencjonalną parę przyjaciółek: "rozważna i szalona", choć w rzeczywistości obie po dziś dzień mamy nierówno pod sufitem. Zostało nam to z czasów "wczesnego etapu wybryków z lat szumnej młodości".
   Zaraz po dokończeniu pysznego śniadania poszłam z maluchami i Apollem do parku, żeby skorzystać ze słonecznego dnia. Siedząc na swojej ulubionej ławeczce, patrzyłam na zabawę Kacperka z dalmatyńczykiem. Niespodziewanie dołączył do mnie mój kolega, Artur.
- Hej... nie wiedziałem, że masz dzieci. Męża?- zawahał się
- No, popatrz! Jak to się ludzie nie znają...- zażartowałam
- A naczelny o tym wie?- spytał dość poważnym tonem
- Oczywiście. Ja Karolowi o wszystkim mówię. Nie ma rzeczy, której by o mnie nie wiedział
- Aha...
- Ej! Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to nieprawda, tak?
- Ufff... Bo już myślałem, że nie będę mógł cię poderwać
- I tak nie możesz. Zapamiętaj to sobie.
- Nie dostanę nawet takiego małego całusa?
- Co najwyżej kopniaka na szczęście w poszukiwaniu innej ofiary, dobra?
- Hahaha. Posiedzieć tu z tobą?- zaproponował
- Jak widzisz świetnie sobie sama radzę.- odpowiedziałam bez namysłu
- Rozumiem, że mam zniknąć?
- Ależ skąd. Ty o sobie decydujesz, a nie ja.
- Mądrala. I tak muszę lecieć, bo w przeciwieństwie do niektórych pracowników, inni muszą ciężko harować. Dobrze, że wzięłaś ten urlop.- dodał po chwili
- Hm... musiałam. Szef kazał.
- No tak. Słowo szefa jest święte. A wystarczyło posłuchać kolegów. Na razie!- pożegnał się i zniknął wśród tłumu przechodniów.
Artur. Facet o nieskazitelnej jasnej cerze, długich blond lokach i niebieskich oczach. Zawsze dobrze ubrany, elegancki. Bardzo dobrze wychowany, dowcipny, pełen entuzjazmu i przede wszystkim działa społecznie. Tak jak ja bierze udział w corocznych zbiórkach żywności i odzieży dla ludzi potrzebujących i  jest współpracownikiem tej samej fundacji: Help4All. Doceniam jego starania, naprawdę, ale mogę zaoferować mu jedynie przyjaźń.
   Po półgodzinnym spacerze alejkami, wróciliśmy do domu, gdzie czekała na nas niespodzianka. Równocześnie z rodzicami Kacperka przyjechał mój brat z Anną. Proponowałam herbatę i kawę, ale na poczęstunek przystał jedynie Paweł, gdyż Anna chciała, żebym pobyła trochę z jej mężem sam na sam. Uwielbiam jej intuicję! Tak strasznie stęskniłam się za tymi naszymi pogaduchami!!! Zapowiadało się wspaniałe popołudnie!
- To co? Kawka, herbatka?
- Kaweczka!- usłyszałam z salonu
Stojąc przy ekspresie, pomyślałam, że mogłabym ugotować chłopakowi coś pysznego na obiad. Był padnięty po nocnym dyżurze.
- A co powiesz na makaron w sosie serowym z odrobinką zieleninki?- spytałam
- Wspaniale! Już do ciebie idę. Kocham to twoje zdrabnianie wszystkich słów. Od razu przypomina mi się nasz rodzinny dom i mama, która zawsze robiła wszystko, żeby zwracać się do nas jeszcze bardziej pieszczotliwie.
Od dziecka lubiliśmy coś razem pichcić. Chociaż zazwyczaj wyglądało to tak, że ja gotowałam, a on tylko patrzył na mnie i podjadał składniki. I tym razem musiałam mu dać po łapach.
- Ej! Nie jesteś już małym chłopcem!- pouczyłam go
- Racja. Teraz jestem.... dużym chłopcem!- krzyknął i zaczął mnie łaskotać
- Nie przesadzaj! Lepiej utrzyj ser.
- Utrę to ja tobie nosa...- powiedział cicho
Danie, którego przygotowanie zajmowało mi zwykle paręnaście minut, teraz trwało prawie godzinę. Gdy siedzieliśmy już przy stole, powiedziałam:
- Z tobą tak zawsze. Wszystko mi, Pawełku, opóźniasz...- zaśmiałam się
- Bardzo zabawne, Haniu.
Rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Było tak cudownie, że prawie zapomniałam o moim wieczorku z Leną. Jednak ona sama się o to upomniała. Na szczęście zdążyłam włożyć kaczkę do pieca i ulepić kluski.
- Hanka! Ty jesteś rąbnięta!- stwierdziła moja przyjaciółka, wparowując do mieszkania- Ooo... Cześć Paweł!- przywitała się z nim, całując brata w policzek
- Miło cię wiedzieć, Lenka. To ja już spadam. Anna czeka z małą. Dziękuję za pyszny obiad i do zobaczenia.- pożegnał się i wyszedł.
- Co on jakiś nie w sosie? Otrułaś go?
- Haha! Ja?! Ja go miałam otruć? Nie... Zresztą dziwisz mu się? Przylatujesz tu, gdyby nigdy nic i całujesz go na powitanie... Lena, to wciąż boli.
- Ojej... myślisz? Ale to już dwa lata, jak dałam mu kosza.
- Swoją drogą, nie rozumiem cię.
- Zawsze będziesz go bronić, bo to twój brat. A ja znam ten typ faceta. Zakochuje się, chce założyć rodzinę itd.
- Co w tym złego?
- Jestem młoda, chcę się wyszumieć. A poza tym ty też nie zaliczasz się do grona entuzjastek małżeństwa i rodziny, więc skąd ten atak na mnie?
- To nie był atak!
- Widzisz! Znowu krzyczysz. Ja nie wiem, czy to był dobry pomysł, żebym ja tutaj przychodziła.
- Nie, ej, przepraszam, siadaj. Mam coś pysznego... zapomnij o Pawle. Tego tematu nie było, ok?
- No ok. To co tam masz?- zainteresowała się, pocierając ręce w geście ekscytacji
- Kaczka z żurawiną, jabłkami i kluseczki. A ty? Kupiłaś winko?- zapytałam udając groźną
- Nawet trzy butelki. No co?! Mózg lubi różnorodność. Białe, czerwone, różowe.
- Mózg lubi różnorodność, taaa... zwłaszcza wtedy, kiedy alkohol zabija szare komórki.
- Och! Przestań pouczać i się tak przejmować! Pełen luz. Kochaniutka, czeka nas fajna nocka.- zapowiedziała
- W to akurat nie wątpię.
Lenka i Paweł. Nieaktualny temat. Tych dwoje pasowało do siebie jak czekolada do żółtego sera. Kochali się, ale tylko przez chwilę. Może i na szczęście? Lenka- blondynka, krótkie, proste włosy, niebieskie oczy, znacznie wyższa ode mnie, wulkan energii, odważna, śmiała, miła, opiekuńcza, a do tego wariatka i flirciara. Paweł natomiast jest szatynem o ciemnych oczach, mężczyzna romantyczny, uczuciowy, miły, oddany, rodzinny, ciepły i niezwykle czarujący. Annie spodobał się od razu, gdy tylko po raz pierwszy zobaczyła go w szpitalu, jako początkująca pani dermatolog. Ta kobieta to przepiękna brunetka o granatowych oczach, sympatyczna, nieśmiała, kochająca i tak jak Paweł romantyczna. Ważne, by akceptować decyzje, podejmowane przez naszych bliskich, bo w ten sposób okazujemy im zrozumienie i wsparcie. Było ciężko, ale oswoiłam się z myślą, iż nie zawsze wszystko musi być tak, jak ja bym sobie tego życzyła.
...