- Kamil, Kamil... - mówiła z wciąż zamkniętymi oczami.
- Nie, ale równie przystojny Pan Apollo u twych stóp- odpowiedziałam na jej majaczenie
- Nie rób sobie jaj o tak wczesnej porze!- krzyknęła lekko podirytowana- I dlaczego drzwi na taras są otwarte?! Chcesz mnie zatruć dawką świeżego powietrza po wczorajszych wybrykach?- tym razem to ona przejęła pałeczkę w żartowaniu
- Oczywiście. A tak nawiasem mówiąc, to już dochodzi druga. Chodź do stołu. Śniadanio-obiad podano!- oznajmiłam
- Mam kaca jak stąd do twojego kibelka...
- To dobrze. Znaczy, że szybko ci przejdzie, bo mój "kibelek" jest niedaleko.
- Poważnie? Ale w tej właśnie chwili wydaje się, jakby to było tysiące mil stąd. O! Kawusia!- zawołała ze zbawiennym tonem w głosie- A tobie nic nie jest?
- Nie, moja droga. Ja wypiłam trzy lampki wina, a nie dopijałam pozostałości z butelek z żalem opowiadając o idealnej miłości.
- Serio? Aż tak ze mną było źle, że zaczęłam ględzić o takich pierdołach?
- Taaaaaak....
Lenka wyszła zaraz po śniadaniu, ponieważ chciała odpocząć przed kolejnym dniem w pracy. Ja natomiast postanowiłam wybrać się na krótki spacer ze swoim pupilem. Apollo podszedł do tego bardziej entuzjastycznie niż jego właścicielka i wymusił na mnie uśmiech.
O tej porze w parku nie było zbyt wielu ludzi. Moją uwagę zwrócił jedynie pewien mężczyzna, grający z małym chłopcem w piłkę. Mogłam się tylko domyślać, iż maluch był jego synem. Skóra zdjęta z ojca- pomyślałam, analizując ich wygląd. Facet miał krótkie blond włosy, lekko poskręcane i wyrzeźbioną sylwetkę, niczym u greckiego boga- prawdopodobnie dużo przebywał na siłowni, chcąc następnie obserwować w lustrze rezultaty treningów. Mniejszy, również o jasnych, lśniących loczkach, dłuższych niż u rodziciela charakteryzował się, rzecz jasna, nieco mniej urozmaiconą w mięśnie sylwetką. Dziecko podbiegło do niego nagle i rzuciło się na szyję swemu ojcu. Na chwilę zmiękło mi serce, z czego nie byłam zadowolona. Nigdy nie dopuszczałam do siebie tego typu emocji. Musiałam być twarda. Mężczyzna, wołając go później użył imienia Rafał. Mały w podskokach do niego dotarł, niestety, po drodze raniąc się w kolano w wyniku nieszczęsnego upadku. Ojciec znalazł się przy nim w mgnieniu oka i szukał czegoś w kieszeniach. Pomyślałam, że zapewne potrzebują opatrunków. Chciałam im pomóc. Podeszłam do tej dwójki i podałam plaster oraz żel, zastępujący wodę utlenioną. Apollo również nie omieszkał pocieszyć chłopca.
- Dziękuję pani- odparł mężczyzna w brązowej marynarce ze sztruksu
- Naprawdę, nie ma za co. Cieszę się, że na coś się przydałam. Dzielny jesteś. Nawet nie płakałeś- zwróciłam się do małego chłopca o błękitnych oczach... tak jak u ojca.- Ma pan twardego syna- pochwaliłam
- Tak, wiem. Skąd pani wiedziała, że to mój syn?- zaskoczył mnie tym pytaniem
- Em... ja... jesteście bardzo do siebie podobni- odpowiedziałam
- Tak też może być u rodzeństwa. To stwierdzenie musi wynikać z dość dogłębnej analizy. Obserwowała nas pani?
- Ależ skąd. Tak... gołym okiem widać, przecież- zaczęłam się plątać
- Spokojnie. Tylko żartowałem. Rafał, podziękuj pani...- nie dokończył, oczekując, że się przedstawię
- Hanka.- dopowiedziałam
-... pani Hani, tak.- dodał mężczyzna
- Dziękuję. Jesteś bardzo ładna- odrzekł chłopiec
- A ty niezwykle czarujący. Nie ma za co, skarbie.
- Przepraszam za niego. On zwykle miewa więcej taktu i jest bardziej nieśmiały- wyjaśnił... nieznajomy, kiedy Rafał pobiegł do piaskownicy
- To ja już pójdę- powiedziałam i odwróciłam się w stronę chodnika
- Niech pani zaczeka!- krzyknął za mną mężczyzna- Mam na imię Antek.- przedstawił się- A to moja wizytówka na wypadek, gdybym mógł się jakoś odwdzięczyć i... czy bym mógł w tej samej kwestii prosić o pani...
- Jasne. Proszę- podałam mu małą prostokątną karteczkę z danymi... CO JA ZROBIŁAM?!
- Pani Apollo... Apollo, tak? Apollo bawi się z Rafałem w piaskownicy. - poinformował mnie
- Tak właśnie patrzę. Apollo! Apollo! Chodź tutaj! Do nogi!- wołałam, aż pies do mnie wrócił
Nastał wieczór. Siedziałam na tarasie, czytając jakiś dramat i zdaje się, że na chwilę dałam się porwać w objęcia Morfeusza. Po chwili, obudził mnie jednak dźwięk, dzwoniącego telefonu. MAMA.
- Halo, mamuś?
- Córeczko! Jak miło cię słyszeć. Co tam u ciebie? Wszystko w porządku? Jak tam twoje sprawy?
- Zadajesz tyle pytań, że aż się pogubiłam, na które mam odpowiedzieć najpierw....
- Oj tam... po prostu mi wszystko opowiedz.- zachęciła
- Z góry uprzedzam, że jeżeli liczysz na jakiegoś newsa związanego z facetem, to nic nie słychać i nie ma o czym opowiadać.
- O matko! To jak ja mam liczyć na rozprzestrzenianie się moich genów?
- Na co? Mamo, a ty się dobrze czujesz, bo chyba to górskie powietrze ci zaszkodziło? A właśnie... jak się czujesz po wizycie w tym sanatorium?- sprowadziłam temat na inne tory
- A dziękuję, bardzo dobrze. Muszę osobiście podziękować Pawełkowi za ten prezent.
- To znaczy, że...
- Tak. Przyjeżdżamy z ojcem do Warszawy. I czy moglibyśmy się u ciebie zatrzymać? Bo chcemy tak trochę u ciebie, trochę u Pawusia.
- Bez problemu.
Po dwugodzinnej rozmowie, poczułam się jeszcze bardziej wyczerpana niż przedtem. Wzięłam szybki prysznic i szybko położyłam się do łóżka. Z jednej strony cieszyłam się, że rodzice przyjadą, ale z drugiej... nie chciałam słuchać matczynej pogadanki na temat poszerzania moich znajomości w kwestiach męsko-damskich.
Znowu nic mi się nie śniło. Moje myśli zagłuszał szum wiatru. Chciałam jeszcze chwilkę poleżeć, ale w głowie zaczęły pojawiać się wspomnienia wczorajszego spotkania z blondynami, niczym sceny z filmu.
- NIE!!! Słyszysz?! Nie! Nigdy w życiu! Wyrzuć to z pamięci i koniec!- krzyczałam do siebie
- Z czym koniec?
- Lenka?! Co ty tu robisz?- zdziwiłam się na jej widok w mojej sypialni
- Zapomniałaś? Mam klucze, Pani Mądralińska. Dziś to ja zrobię ci śniadanko. Zapraszam do kuchni!
- Twój optymistyczny nastrój mnie kiedyś wykończy. Czekaj... kupiłaś muffinki? I kawę z...
- ... no i co z tego?! Liczą się dobre chęci. Chodź, bo ciemny trunek stygnie.
Nie wiedziałam, czy mam opowiadać swojej przyjaciółce o incydencie w parku. Mogłaby zacząć snuć jakieś podejrzenia. Wolałam z tym jeszcze trochę poczekać. Niestety, od urodzenia jestem gapą i zapomniałam wsadzić do kalendarzyka wizytówkę, która w tym momencie leżała nieopodal ręki Leny. Zaczęłam lustrować tę małą karteczkę i sama się zdradziłam.
- Kto to jest: Antonii Suprzyński? Aaaa... czekaj, czekaj... architekt. Niech zgadnę: starszy, siwy pan, który pragnie odnowić twoje mieszkanko?- zgadywała
- Tak! Planuję wyburzenie schodów, wiesz? A czy ja coś wspominałam o remoncie?
- W takim razie zaczęłaś gustować w starszych panach...- ciągnęła dalej- Ej, no, przyznaj się. Też miałam starszych facetów i wcale nie są tacy obrzydliwi. Głowa do góry!
- Jak ty coś palniesz, to naprawdę. Pan Antonii... znaczy Antek- poprawiłam się, nie chcąc przybierać poważnego tonu- jest mężczyzną około lat trzydziestu i ma ślicznego synka.-oświadczyłam
- Ja pierdziele... Trafił ci się podwójny towar. Albo potrójny, jeżeli żonka jest w zestawie. Hahaha!
- Błagam. Przestań żartować! Wkurzasz mnie tylko!- wrzasnęłam i odwróciłam się do niej plecami
- Przepraszam. Ja tylko bym chciała, żebyś w końcu...
- Żebym w końcu była szczęśliwa, tak?!- dokończyłam za nią- A dlaczego wy wszyscy myślicie, że bez faceta nie jestem szczęśliwa? Otóż, jestem cholernie szczęśliwa i nie potrzebny mi do tego żaden samiec alfa, jasne?!
- Jasne, jasne, skarbie.
Ta rozmowa zakłóciła mój spokój. Już nie mogłam się na niczym skupić, a z moich oczu ciskały błyskawice. Nasza konwersacja wkroczyła na niepewny grunt, ponieważ temat obecności jakiegokolwiek faceta w moim życiu wywoływał u mnie napady złości i zmuszał do myślenia o tym przez kolejne kilka dni. Kazałam Lence zaczekać na mnie w moim domu, a sama wyszłam na małe zakupy do osiedlowego marketu. Nie chciałam od niej uciekać, ale... musiałam choć przez chwilę pobyć sama. Weszłam do sklepu i zaczęłam wrzucać do koszyka różne rzeczy: cytrynę, pomidory, sery, a kiedy doszłam do działu ze słodyczami i nieudolnie próbowałam zdjąć z góry pralinki, usłyszałam za sobą:
- Dzień dobry!- powiedział męski głos
- Dzień dobry...- odparłam odwracając się w stronę mężczyzny
- Pani pozwoli, że jej pomogę, dobrze?- zaproponował blondyn
- Już prawie to...
- Proszę- odrzekł, podając mi pudełko z czekoladkami- To te, tak?- chciał się upewnić
- Tak, dziękuję.
- Tato, tato! Ja chcę te chrupki!- krzyczał mały chłopiec, biegnąc w naszą stronę- Cześć...- powiedział nieśmiało
- Cześć!- przywitałam Rafałka
- Jak ty się do pani odzywasz? Dzień dobry się mówi, synek- poprawił malca
- Nic się nie stało. Przecież my jesteśmy na ty, prawda, Rafał?- spojrzałam z uśmiechem na chłopca
- Tak!
- Ja już muszę wracać.- powiedziałam bez zastanowienia- Do widzenia!- rzuciłam na odchodnym
Idąc alejkami i wdychając świeże powietrze, zdołałam już całkowicie ochłonąć. U drzwi przywitał mnie Apollo. Zobaczyłam też jak z klatki schodowej zbiega Kacperek, który bardzo szybko znalazł się w moim mieszkaniu, a dzięki jego obecności Lence znowu udało się udowodnić, że ani trochę nie nadaje się na opiekunkę. Kiedy ja przygotowywałam jedzenie, ona wdała się w dyskusję z małym chłopcem, a wszystkie ich słowa dolatywały do mnie z salonu.
- Mały, słuchaj ciotki. Bo to jest tak.. jak dziewczyna ci się podoba, to nie możesz do niej podejść i powiedzieć: siema, laska! Bo to obraża naszą płeć, kumasz? Kup jej jakieś kwiatki, bombonierkę i zobaczysz, że padnie ci do nóg!- Lenka dawała rady Kacprowi
- Lena, oni mają po sześć lat!- zawołałam z kuchni
- Ojejku! To kup jej ładną lalkę, a będzie twoja, a za kilka lat, pogadamy sobie o...
- Lenka! O czym ty z nim rozmawiasz?! No, pięknie, a potem będzie na mnie, że dziecko przychodzi do domu i takie bzdury opowiada!- krzyknęłam na nią
- No dobrze, już dobrze. Ale mały, pamiętaj, co ci ciotka mówiła- zwróciła się do chłopca, mrugając do niego
Na obiad zrobiłam pizzę i specjalny sos. Wszystko zniknęło z talerza w bardzo szybkim tempie. Lenka musiała wracać do pracy, a mały do domu. Znów zostaliśmy sami z Apollem. Leżąc na tarasie, popijałam kawę i czytałam książkę. Wieczorem, popracowałam jeszcze nad niedokończonym wcześniej artykułem, nie mogąc doczekać się powrotu do biurowca. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam. Wstałam jak zwykle do pracy o godzinie szóstej trzydzieści. Wypuściłam dalmatyńczyka na taras, a sama wzięłam prysznic. Kurcze, ja naprawdę nie mam się w co ubrać! Hmmm... klasyczne jeansy, biała bluzka i czarna marynarka. Prędko włożyłam na siebie cały zestaw, chwyciłam za kluczyki do samochodu i torebkę. Po zamknięciu mieszkania, wskoczyłam do swojego czarnego jeepa i ruszyłam w kierunku biurowca. Tym razem byłam na czas.
Po oddaniu moich wypocin, zabrałam się za wymyślanie pytań do wywiadu z nową gwiazdą świata show-biznesu. Około godziny drugiej po południu, wyszłam na lunch do naszego bufetu. Zjadłam sałatkę i wypiłam kawę. Popracowałam jeszcze do szesnastej, po czym zabrałam się do wyjścia.
- Dopiero co wróciłaś do pracy i już harujesz o godzinę dłużej niż powinnaś?
- Artur... przestraszyłeś mnie. A tu jeszcze tutaj?
- Czekam na ciebie- oznajmił
- Wybacz, ale niepotrzebnie. Trochę mi się spieszy.
- I po raz kolejny wymówka...
- Przepraszam, ale naprawdę muszę już wracać
- Pozwól się chociaż odprowadzić.- poprosił
- Przyjechałam własnym samochodem. Cześć.- powiedziałam i wyszłam z budynku
Może ja źle robię? Czasem zastanawiam się, jak powinnam postępować wobec większości moich znajomych. Zdaję sobie sprawę z tego, iż nie zawsze jestem sprawiedliwa, ale to naturalny objaw wynikający raczej z obecności czegoś, co zwie się sumieniem, niż celowym odrzucaniem zalotnych manewrów. Wiem, że żaden człowiek nie powinien być samotny, ale wątpię w to, że potrafiłabym dzielić z kimś życie. To niezwykle trudne zadanie, a ja nienawidzę porażek, dlatego wolę unikać wszelkich zagrożeń z tym związanych. Pozostaję w cieniu odważnej przyjaciółki, bo to łatwiejsze. Odkąd pamiętam starałam się wybierać rzeczy bardziej skomplikowane do rozwiązania, ale dotyczyło to zapewne kwestii nauki, studiów, pracy, a nie wyboru partnera, czy życiowej drogi. Mam mętlik w głowie i z niecierpliwością czekam na przyjazd rodziców.
...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz