środa, 2 maja 2012

V: LOS LUBI PŁATAĆ FIGLE. ZASKOCZENIE TOTALNE!

   Od dziecka marzy ci się cudowne życie usłane płatkami róż. Niestety, twoje dalsze losy później to wszystko weryfikują. Mam takie jedno, zasadnicze pytanie: Dlaczego dorośli zawsze okłamują dzieci? Starają się trzymać je pod kloszem, sądząc, że tak będzie dla nich najlepiej? Tylko że to nie ma sensu, bo prędzej czy później ten piękny świat znika, a pozostaje szara rzeczywistość przepełniona cierpieniem, kłamstwami, nienawiścią. 
   Tego wieczoru nie mogłabym zaliczyć do udanych. Czułam się, jakbym znalazła się w jakimś popapranym filmie. Nie mam jednak zielonego pojęcia czy byłby to dramat, czy może raczej komedia. Wysiadając z taksówki byłam pewna, że już gorzej być nie może. Problem w tym, że nade mną wisi jakieś cholerne fatum i nie jestem w stanie nic z tym zrobić, a przecież bym chciała. Zawsze mogłam tylko pomarzyć o spokoju. Ciekawe, czy kiedykolwiek będzie mi dane się tym nacieszyć? 
   Weszłam do domu cała w drgawkach wywołanych złością i dyskomfortem. Pragnęłam położyć się do łóżka i zrobić coś ze swoim nieszczęściem. Oczywiście, nie mogłam dać niczego po sobie poznać. Odwiesiłam płaszcz i zdjęłam buty tak cicho, jak tylko potrafiłam. Zmierzałam w stronę sypialni, ale żeby tam dojść musiałam przedrzeć się przez salon, gdzie wciąż była zapalona lampka. Przy dużym stole siedzieli moi rodzice, a ich grobowe miny i wyrażające zagubienie spojrzenia spotkały się z moim zdezorientowaniem. Jednakże to nie koniec niespodzianek. Obok mamy siedziała jakaś starsza pani, która trzymała ją za rękę. Rozpoznałam w niej staruszkę z parku. Nie wiedziałam, co się dzieje. 
- Dobry wieczór...- wydusiłam z siebie, patrząc na zebranych 
- Witaj, Haniu- powiedziała pani Karina i natychmiast podeszła w moją stronę- Chodź, usiądź... musimy porozmawiać- oświadczyła
Spojrzałam na rodziców z pytającym wzrokiem. Nie odpowiedzieli mi, spuścili głowy, a tato chwycił szlochającą mamę za rękę.
- Czy ktoś mógłby mi to wyjaśnić?- poprosiłam, siadając na krześle obok staruszki 
- Kochanie... obiecałam sobie, że nigdy tego nie zrobię, ale po naszym dzisiejszym spotkaniu i tej głębokiej rozmowie, nie byłam w stanie tak tego zostawić. Musiałam, po prostu musiałam tu przyjść i wszystko wytłumaczyć...- zaczęła.
- Wciąż nie rozumiem- odparłam
- Zaraz. Haniu...- rzekła, chowając moją dłoń w swoich objęciach- Ja jestem twoją babcią.- wyznała
Nie wiem, co się wtedy ze mną stało. Chyba zbyt gwałtownie się podniosłam. Straciłam równowagę... miałam wrażenie, jakby grunt mi się usunął spod nóg. Pamiętam jedynie, że tata chwycił mnie za łokieć i łagodnie posadził na kanapie. Ile to trwało? Chyba jakieś pół godziny zanim się otrząsnęłam. 
- Gdzie... gdzie... jest tata?- spytałam ledwo słyszalnie 
- Przecież wiesz. Antonii ci to wszystko opowiedział. Po jego telefonie, postanowiłam tu przyjść. To był już ten ostateczny impuls... dlatego teraz jestem razem z tobą. 
- On... nie żyje? Dlaczego ja nic o tym nie wiem?! Czemu nawet nie miałam pojęcia o pani... twoim istnieniu?!- wykrzykiwałam po kolei 
- Twój tata był ze mną pokłócony. Dopiero jak zachorował, to wrócił do mnie. Haniu... on was nie zostawił, dlatego, że nie chciał z wami być. Krystian, gdy dowiedział się o chorobie i o tym, że może nie przeżyć, to... po prostu pragnął, abyście nie widziały jego cierpienia.- dodała po chwili
- A ty? Dlaczego....
- Haniu... Obiecałam mu na łożu śmierci, że nigdy nie zdradzę jego tajemnicy. To mój syn, jedyne dziecko... zrozum, że nie umiałam odmówić. O tobie i twojej mamie też się wtedy dowiedziałam... 
- Mimo to jesteś tutaj.- stwierdziłam- ... ani przez chwilę nie pomyślałaś jak wyglądałoby dziś nasze życie, gdybyś powiedziała nam prawdę? Gdyby on też to zrobił?! Wolał być w naszych oczach najgorszym draniem...
- Myślał, że tak będzie lepiej... że łatwiej cierpieć, nienawidząc niż kochając.- odparła
Powoli zaczęłam podnosić się z kanapy. Podeszłam do mamy...
- Wiedziałaś o tym, że mam babcię?- zapytałam wprost- Zadałam ci pytanie... wiedziałaś?!- wrzasnęłam
- Hanna! Uspokój się! Jak ty się do mamy odzywasz?!- tata postanowił zwrócić mi uwagę
- A ty? Może też coś przede mną ukrywałeś?!
- Nie... ja nie. Proszę cię tylko, żebyś ochłonęła. 
- Nie, nie teraz. Muszę...- wyjąkałam
Zabrałam torebkę oraz płaszcz i wyszłam, trzaskając drzwiami. Bez samochodu, a teraz jeszcze bez dachu nad głową! Gdzie się podziać? Do Leny? Nie! Ona ma teraz swoje sprawy. Może do hotelu? Tylko na jedną noc. Potrzebowałam chwili samotności. Musiałam się gdzieś ulokować, aby przemyśleć to wszystko na spokojnie. 
   Szłam przez park, który nocą oświetlały jedynie latarnie, pełniące jednocześnie rolę stróżów. To miejsce, zazwyczaj nie będące o tej porze zbyt przychylnym dla przechodniów, w tym momencie wydawało mi się najbezpieczniejsze. Mijałam kolejne alejki. Cieszyłam się, że chociaż pogoda dopisywała. Było ciepło, toteż zdjęłam płaszcz. Zastanawiałam się, jaki będzie mój kolejny krok, gdzie mam się udać? No tak. Na kogo jak na kogo, ale na niego mogę liczyć w stu procentach. 
- Paweł? To ty?- zaczęłam rozmowę
- Tak, ja. Która godzina? Nie balujesz jeszcze?- zapytał wesoło 
- Nie...
- Skąd ten smutek w twoim głosie? Nie podoba mi się to. Coś się stało, siostra, hej?- zainteresował się
- Nie... a właściwie, to tak. Mam do ciebie prośbę... mógłbyś mnie przenocować?
- Ale... jasne.- odpowiedział, nie zadając zbędnych pytań- Ja jestem teraz w szpitalu, bo mam dyżur, ale dam znać Ani. Wbijaj do nas natychmiast. A gdzie ty właściwie jesteś?
- Ymm... w bezpiecznym miejscu.- odparłam wymijająco 
- Ehe. Na pewno. Maszeruj do Anki w mig! Hania, słyszysz mnie?- zażądał potwierdzenia. Jego dobry humor prysł. Czuł, że coś nie gra. 
   Poszłam do nich na piechotę. Stanęłam przed bramą wjazdową i zaczęłam dumać nad domofonem. Nie chciałam zbudzić Zuzki dzwoniąc. Jednak nie trwało to długo. Ania zauważyła mnie przez okno i wymachiwała ręką w kierunku furtki. Po chwili usłyszałam sygnał i otworzyłam ją. W drzwiach stała Anna ze wzrokiem pełnym zrozumienia. Ona już wszystko wiedziała.
- Co? Mama dzwoniła?- spytałam, chcąc się upewnić
- Tak. Powiedziała, że ich zostawiłaś. Haniu... Nie wiem, jak moglibyśmy ci pomóc. Zostań tu jak długo chcesz. Przyszykowałam pokój gościnny. Jesteś głodna?
- Hm, nieee... Nie byłabym w stanie nic przełknąć. To ja już pójdę. Dziękuję wam. - odparłam, całując szwagierkę w policzek. 
   Odkąd Paweł się z nią ożenił, stała się dla mnie niczym starsza siostra. I muszę przyznać, że ta kobieta zawsze mnie zaskakiwała swoją życiową mądrością. Na przykład kiedyś, gdy jeszcze byłam na studiach wbiła mi do głowy, że trzeba walczyć o swoje. Już miałam się poddać i odpuścić staż, o który ubiegały się wszystkie moje koleżanki, nawet mi groziły... nieważne w jaki sposób... a Anna nakrzyczała na mnie i kazała przestać się bać tych "mniej inteligentnych wydr dziennikarskich". Udało się. Wygrałam tę bitwę. Niestety... to były kwestie zawodowe. Życiowo... jestem kaleką. 
   Po wzięciu długiej kąpieli położyłam się do łóżka. Cała opatuliłam się pościelą, która pachniała fiołkami, przypominającymi mi spacery po parku. Hmmm... mam babcię. Jedyny człowiek, który znał mojego biologicznego ojca tak naprawdę. Miałam mętlik w głowie. Nie wiedziałam, jak długo zajmie mi uporządkowanie tego wszystkiego. I znowu to samo... stare rany dają o sobie znać. Niepokój, ból, cierpienie, narastające poczucie niesprawiedliwości. Te właśnie uczucia zagnieździły się w moim umyśle i pomału zajmowały także serce. Nie chcę kolejnego "zawału duchowego". Nie przeżyłabym czegoś takiego. Tylko... czy to uczciwe z mojej strony, że oskarżam o wszystko tą niewinną staruszkę? Jak ja bym się zachowała na jej miejscu? Łatwo mi oceniać innych. Zbyt łatwo! To nie fair. No, ale ja nic nie mogłam zrobić! To te emocje! No, dobrze... co się stanie, jeśli jej wybaczę? Zyskam nowego członka rodziny! Ukochaną babcię, o której zawsze marzyłam. A co z mamą? Przecież wystarczyło mi jedynie dać do zrozumienia, że ktoś taki, jak moja babcia w ogóle istnieje! Cholera jasna! Moje życie było z góry zaplanowane! Tyle że nie przez Boga, ale przez moich bliskich. Tak nie powinno być. Gniew niesie za sobą większy ból, aniżeli przebaczenie. Muszę... muszę im odpuścić. W tej chwili rysowało się przede mną takie właśnie zadanie. Będzie bolało- to fakt, ale warto. Czas leczy rany... może? Trochę to jednak musi potrwać.
   Udało mi się. Zasnęłam. Nie pamiętam, co mi się śniło. Prawdopodobnie nic... O dziewiątej do mojego pokoju wparował Paweł, niosąc śniadanie na tacy. 
- Pawełku... no i po co to wszystko? Nie trzeba było.
- Muszę troszeczkę dopieścić swoją młodszą siostrzyczkę. Jak się czujesz?
- W porządku. Przemyślałam to wszystko.- oznajmiłam
- To dobrze. I co wymyśliłaś?- zainteresował się
Spojrzałam na niego spode łba, jednocześnie się uśmiechając. Nie musiałam już nic mówić. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na razie nie zdradzę mu swoich teorii. 
- Proszę cię tylko o jedno... nie zachowuj się wobec nich jak mała dziewczynka, ok?
- Ach ty!- krzyknęłam, rzucając w jego stronę poduszką- Ok. Ale ja też mam do ciebie prośbę... Czy mógłbyś przywieźć mi z domu parę rzeczy? I poprosić rodziców, żeby zajęli się tam Apollem?
Jego mina zmieniła się nieco. Przestał się uśmiechać i zrobił się poważny.
- Haniu... ale rodzice wyjechali nad ranem- oświadczył
- Jak to? Wyjechali? Dlaczego?!- nie mogłam tego pojąć
- Nie domyślasz się? Mama zostawiła ci list na blacie w twoim domu. To ci wszystko... rozjaśni. Miłego dnia!- powiedział i wyszedł, wcześniej ucałowawszy mnie w policzek 
   Przeze mnie wyjechali. No pięknie! Tylko pogratulować panience!!! Zachciało się grymasów, to teraz masz za swoje! Cierp, grzesznico! Nie widziałam innego wyjścia, jak tylko zganić samą siebie. Auto odbieram dopiero jutro, ale moje osiedle znajdowało się niedaleko. Wyskoczyłam z łóżka i już chciałam się ubrać, kiedy zauważyłam, że nie mam niczego poza bielizną, wczorajszą kreacją i przydużym T-shirtem Pawła, w którym spałam. Na szczęście Ania mnie poratowała. Pożyczyła jakąś granatową sukienkę i balerinki w tym samym kolorze. Włożyłam to na siebie czym prędzej i zleciałam na dół. Anna i Paweł jedli właśnie śniadanie, a mała siedziała grzecznie na swoim krzesełku. Popatrzyli na mnie zdziwieni. Podeszłam tylko i ucałowałam ich wszystkich, łącznie z Zuzką, po czym wyszłam. W lewej ręce trzymałam torbę z wczorajszą kreacją, a w prawej telefon, który zaczął dzwonić, gdy maszerowałam chodnikiem. 
- Halo?
- To ja, twoja zakręcona i na maksa zakochana przyjaciółka, której nie umknęło to, iż postanowiłaś zostawić ją na wczorajszym przyjęciu... kolejny kopciuszek?
- Przepraszam. Miałam... dziwną sytuację.- wytłumaczyłam
- No właśnie Antek mi wszystko opowiedział.- zamurowało mnie
- Co? Jak to "wszystko ci opowiedział"?! Skąd on... Aha...- zrozumiałam po chwili- Świetnie. Cholera! Nie mógł mnie jakoś uprzedzić?! Wszyscy o wszystkim wiedzą, tylko nie ja!- wściekłam się
- Hanka! Spokojnie! Przecież to chyba dobre wieści, nie?
- NIE!!!- krzyknęłam do słuchawki i się rozłączyłam. 
Moja złość zwróciła uwagę kilku przechodniów, ale nie bardzo mnie to obchodziło. Tego już za wiele! Przyspieszyłam tempo. Mało brakowało, a zaczęłabym biec. 
   Kiedy byłam już w domu, zdążyłam nieco ochłonąć. Wskoczyłam w swoje ciuchy i otworzyłam list od mamy. Był dokładnie tam, gdzie mówił Paweł. 
"Kochana córeczko!
Może myślisz, że nie zasługuję na przebaczenie. Masz rację. Proszę jedynie o zrozumienie dla matczynego serca. Nie chciałam dla Ciebie takiego losu. Pragnęłam, żeby otaczali Cię ludzie, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z Twoim ojcem. Dla mnie to też było wielkim zaskoczeniem, gdy ta pani się zjawiła. Wyznała prawdę, której żadne z nas nie byłoby w stanie się domyślić. Możesz wybaczyć Karinie. Też jestem matką i wiem, dlaczego tak się zachowała.
Kochamy Cię!
Mama i Tata"
- Ja też was kocham.- powiedziałam na głos 
Było mi jej szkoda. Musiała cierpieć sto razy bardziej niż ja. Chwyciłam telefon do ręki i wybrałam numer do rodziców. Mama odebrała, a w jej głosie słychać było nutkę zaskoczenia. Przytoczyłam jej słowa ze swojego myślowego wywodu. Wybaczyłam i sama również o to poprosiłam. Byłam pewna, że mama płacze, bo tato czule się do niej zwracał, podając chusteczki, co wywnioskowałam z ich "cichej" rozmowy. Zostało mi jedynie spotkać się z tą panią. Tylko jak? Czy ona wie, że jej wybaczę? Czy będzie tam, gdzie ponoć często bywa? Niedziela... ale gdzie ona może być w niedzielę? No tak! Kościół. Skoro bywa w tym samym parku, co ja to znaczy, że musi gdzieś niedaleko mieszkać... a to z kolei znaczy, że świątynia, w której powinna się znajdować jest... trzysta metrów od parku! Jeżeli nie będzie jej w jednym miejscu, to na pewno znajdę ją w drugim! Poparzyłam na psa i powiedziałam:
- Apollo, ty zostajesz! Ktoś musi domu pilnować.
Zakluczyłam mieszkanie i powędrowałam w kierunku wyznaczonego celu. Było tak, jak myślałam. Weszłam do pięknego, barokowego kościoła przepełnionego figurami aniołów i pozłacanych ornamentów. Msza jeszcze się nie zaczęła. Starsza pani siedziała w przedostatniej ławce. Zawahałam się, ale trwało to tylko krótką chwilkę. W końcu odważyłam się podejść. Usadowiłam się obok niej. Popatrzyła na mnie, ale ja spuściłam wzrok. Wzięłam ją za rękę i wszystko stało się jasne. Uśmiech odzwierciedlał jej zadowolenie. 
   Po mszy poszłyśmy do jej domu. Do budynku wchodziło się przez ganek, na którym ktoś umieścił bardzo starą huśtawkę. Dom pokryty był drewnianymi deskami pomalowanymi na zielono. Ogrodzenie w postaci płotu miało taki sam kolor. Dookoła pełno było kwiatów i krzewów. Znalazły się też dwie jabłonie, grusza, trzy śliwy i wiśnia. Na wiekowym dębie zawieszona była opona samochodowa, która trzymała się na gałęzi tylko dzięki grubemu sznurowi. W środku pachniało różami. Tuż obok wejścia znajdowały się schody, prowadzące na górę. Kuchnia mieściła się tuż przy salonie, a od strony korytarza można było wejść do łazienki lub toalety (ponieważ pomieszczenia były rozdzielone). Po lewej, zauważyłam drzwi, prowadzące do ogrodu, a po prawej stronie jadalnię oraz drzwi, za którymi kryła się jakaś tajemnica. Może za bardzo ponosi mnie wyobraźnia, ale ten zamek w drzwiach tak na mnie wpłynął. 
- Podoba ci się?- zainteresowała się
- Tak tu klimatycznie. I tyle półek z książkami!- zachwyciłam się
- Jak zapewne wiesz, twój dziadek zajmował się filozofią. Ten zamknięty pokój to właśnie jego gabinet- wyjaśniła 
- Aha. Hmmm... On kochał to, co robił, prawda?
- O tak! Napijesz się może herbaty z różą, kochanie?- zaproponowała
- Oczywiście, dziękuję, babciu...
- Och! Jak to pięknie brzmi w twoich ustach! Upiekłam wczoraj szarlotkę. Może masz ochotę?
- Jasne! Straszny ze mnie łakomczuch!- przyznałam ze śmiechem
- To tak jak większość naszej rodziny. Dziadek zawsze mówił, że zakochał się najpierw w mojej szarlotce, a potem we mnie. Hehe... Usiądź.
Zajęłam jedno z wystawnych krzeseł, znajdujących się w kuchni. Na szafce obok leżał bardzo stary album ze zdjęciami. I chyba dość długo na niego patrzyłam, bo babcia coś zauważyła.
- Śmiało. Są tam zdjęcia jeszcze z mojego dzieciństwa, ale i z wesela... a te z twoim tatą są u niego w pokoju, na górze- powiedziała, wskazując palcem piętro- Możesz tam pójść, jeśli tylko zechcesz.
- Nie sądzę, żebym była na to gotowa... 
Obie odwróciłyśmy się w kierunku drzwi, kiedy zabrzęczał dzwonek. Babcia podeszła do judasza i natychmiast otworzyła. Do salonu przybiegł mały Rafałek z jakimś samolocikiem w ręku. Minęło kilka sekund zanim mnie zauważył. Uśmiechnął się do mnie i przytulił na powitanie.
- Witaj, Haniu...- odrzekł nieśmiało Antonii 
- Cześć.- odparłam 
- Pójdę z Rafałkiem do ogrodu, a wy tu dzieci dopilnujcie tej wody. Antek, pokroisz ciasto, dobrze?
- Dobrze, pani Karinko, dobrze. 
W ogrodzie były jeszcze dwie huśtawki zrobione z opon, a na tarasie i w altance drewniane mebelki. 
- Chciałam ci tylko powiedzieć, że chyba się nie gniewam.- wydukałam, nie patrząc na niego
- "Chyba"?- spytał, cytując mnie z dokładnie takim samym tonem
- Hmmm... no, na pewno. Byłabym głupia, a wy wszyscy chcieliście dobrze. Wiem, że babcia pragnęła mnie chronić... 
- Czasem dziwnie mi się przyglądasz- zauważył- Pani Karina opowiedziała ci o mnie?- zapytał, by się upewnić
- Taaak. Przepraszam. Mogłabym jakoś pomóc?- spytałam szeptem
- Wystarczy, że czasem wpadniesz do swojej babci, kiedy i my tu będziemy. Rafał bardzo cię polubił. Ty wiesz, że praktycznie przez cały czas mówi tylko o tobie? Hmmm... zresztą nie ma się co dziwić. Gust odziedziczył po tatusiu.- zażartował 
- Ok. Jeśli to był komplement, to... dzięki. Słuchaj...- zaczęłam, podchodząc do kuchenki, żeby wyłączyć palnik, pod którym wrzała woda- Herbata czy kawa?- spytałam
- Kawa. Ale to nie o to chciałaś zapytać, jak zgaduję?
- Nieee... - odpowiedziałam, sięgając do górnej szafki po kawę- Zwykła?
- Zwykła, czarna... skąd wiedziałaś, gdzie jest?
- Też chowam te produkty w podobnym miejscu. Nie wiem. Domyśliłam się?
- Nie miałem pojęcia, że to też się dziedziczy...
- Najwidoczniej. Słuchaj, wracając... Znasz tego Waldy'ego?
- No, pewnie. Od małego. Praktycznie wychowywaliśmy się razem. A co? Lenka kazała ci wyszpiegować?
- Co?! Nie! Skąd... Tak tylko pytam. Wygląda na porządnego gościa....
- Tak. Boisz się, żeby twoja przyjaciółka nie doznała żadnej krzywdy z jego strony? Nie masz się czym martwić. Uwierz mi.
- Raczej o niego się boję...- powiedziałam pod nosem
- Słucham?
- Nic, nic...
Antek pokroił ciasto i zaniósł je na dwór. Potem pomógł mi jeszcze z filiżankami, napełnionymi ciepłymi napojami. Siedzieliśmy tak wszyscy razem i było naprawdę bardzo miło. Gdybym mogła, to zostałabym tam na całe wieki, ale, niestety, jutro musiałam stawić się w redakcji i przeżyć koszmar w roli głównej z piekielnym-naczelnym. Dochodziła siódma, a słońce coraz słabiej muskało nasze twarze. Odważyłam się przytulić babcię na pożegnanie i otrzymałam od niej bezterminowe zaproszenie na "częstsze bywanie w jej chatynce". Rafałek uczepił się mojej nogi i nie chciał puścić. Antek zaproponował, że odprowadzą mnie do domu, bo wtedy łatwiej będzie się małemu ze mną rozstać. W rzeczywistości chodziło o to, żeby Rafałek zmęczył się chodzeniem i zasnął. Stało się tak, jak przewidywał Antek. Chłopiec natychmiast zapadł w objęcia Morfeusza, a jego ojciec niósł go na rękach. Kazałam im zawracać w połowie drogi, żeby za bardzo ich nie nadwyrężać.
   O nie!!! Poniedziałek! I znów budzik o szóstej. Niechcący zrzuciłam go z nocnego stolika. Dopiero ten okropny trzask wyrwał mnie z transu. Prawie stanęłam na baczność. Uniemożliwił mi to jedynie Apollo wciąż leżący przy moich nogach. Dalmatyńczyk zeskoczył szybko z łóżka. Akurat dzisiaj wyjątkowo nie chciało mi się iść do pracy. Z SMS'a dowiedziałam się, że po południu mam zaopiekować się synem sąsiadów, gdyż "bardzo gorąco" mnie o to proszą. Co mogłam zrobić? Zgodziłam się. Wzięłam szybki prysznic i po wyszorowaniu zębów narzuciłam na siebie parę jasnych jeansów, czarny podkoszulek i granatową marynarkę. Nie miałam ochoty na śniadanie. Wskoczyłam do taksówki i pojechałam do warsztatu po samochód. Po zapłaceniu wszelkich należności zajechałam pod redakcję. Auto było jak nowe-  bez zarzutów. 
   Cała ekipa "Harmonii Życia" była zwarta i gotowa do pracy. Zajęłam miejsce w swoim boksie i czekałam na te wszystkie żałosne spojrzenia wymierzone we mnie. Naczelny nie omieszkał mnie odwiedzić. Wparował z gorącą kawą, pochodzącą z naszej kafeterii, co rozpoznałam po opakowaniu.
- Cześć. Mam dla ciebie kawę na przeprosiny.- oznajmił, podając mi kubek
- Pf!
- Ej! No przecież się staram! Weźmiesz tę kawę, czy nie?- spytał nieco łagodniej
- Tylko ze względu na to, że jeszcze dzisiaj żadnej nie wypiłam. Ale o wybaczeniu... pomyślę.- powiedziałam i zabrałam się za pisanie kilku artykułów o dość refleksyjnym charakterze...
"<<Myślę, więc czuję>>
No dobra, człowieku! Czego Ty tak właściwie chcesz od tego życia? Hmmm... Trudny wybór. Tyle pokus, tak wiele opcji! Może najlepiej poddać się losowi? Tak, zdecydowanie. Zauważyłam, że ludzie caaały czas narzekają, a przecież nie kiwnęli nawet palcem, by żyło im się lepiej. Taka prawda- okrutna, dosyć bolesna- muszę przyznać, ale chyba się pomyliłam. To nie nasi partnerzy i przyjaciele zamykają nas w emocjonalnej klatce, gdzie pozbawieni jesteśmy tak przydatnego do normalnego i prawidłowego funkcjonowania tlenu, tylko my sami stajemy się własnymi oprawcami. Przecież tak naprawdę nic nie musimy. Bo, czy ktoś nam każe wstawać codziennie rano, jeść, spać? Nie! Może my jednak jesteśmy wolni, tylko po prostu lubimy zrzędzić i każdy powód jest dobry, żeby "trochę" ponarzekać? Bezsensowne, ale taka jest ta nasza "szara rzeczywistość". Problem tkwi w nas. Czyli metamorfozę należy rozpocząć od... od nas samych. Czyżbyśmy właśnie odkryli ten odwieczny mankament, uniemożliwiający nam dobrnięcie do wyznaczonego przez siebie celu, jakim jest posiadanie pełni szczęścia?! Byłoby cudownie.
P.S. AAAAA!!! Rada na przyszłość: Podstawą każdego związku jest P-R-Z-Y-J-A-Ź-Ń. To solidny fundament, na którym bez obaw można budować szczęście. POWODZENIA!!! :D
ZAMYŚLONA :)))"
"<<Refleksyjna>>
Coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że żyjemy w biegu. I chociaż zdaje nam się, że nic nie robimy, że robimy za mało lub popadamy w stan lenistwa totalnego, to się GRUBO mylimy. Każdy z nas jest szarą, ciemną istotą, którą bardzo łatwo przerobić na inwalidę. Bóg stworzył człowieka i chciał, by ten był szczęśliwy. Niestety, coraz częściej niwelujemy prawidłowości z tym związane. Przeciwstawiamy się Jego woli, zatapiając się we współczesnej melancholii- ale nic dziwnego, bo zmuszają nas do tego dzisiejsze czasy. Naszym podstawowym celem powinno być zatem uwolnienie się z tego ucisku. POWODZENIA!!!
Taka krótka refleksja na dziś :)"
"<<Miłość inna>>
Gdy umiera ktoś bliski, umiera też cząstka nas samych. Taka jest prawda- składamy się z pewnych elementów, tworzonych przez miłość do tych osób. Na takim fundamencie budujemy siebie i, choć to irracjonalne, gdy więcej uczuć komuś okażemy, oddamy, tym bardziej stajemy się "pełniejsi", bardziej wartościowi. Czyli, że warto kochać?"
Wybiła czternasta. Mogłam swobodnie udać się na lunch. Wyłączyłam komputer i zabrałam swoje rzeczy. Dotarcie do wyznaczonej przez Lenę restauracji nie było trudne, bo na miejsce naszego spotkania wybrała nasz redakcyjny bufet. Zresztą, bardzo słusznie. Pani Ewa świetnie gotuje, a przede wszystkim... masz pewność, że produkty są świeżutkie. Lena wydała mi się jakaś... niespokojna? Coś było nie tak. Czyżby jej kuzynka dawała się we znaki? Bardzo możliwe. Pozostawało mi zapytać się o to przyjaciółkę, czekającą przy stoliku.
- Lena... cześć.
- Hanka! Jak dobrze, że jesteś! Myślałam, że się na mnie obraziłaś. Byłam taką egoistyczną...
- EEE! Nie kończ... Daj spokój. Mi też się to zdarza. Poza tym masz dobrą wymówkę.
- Cholera! Dziewczyno! Ty lepiej mi o swoich problemach powiedz, bo ostatnio to ty w sobie więcej kryjesz niż się zwierzasz z czegokolwiek! Jak z Antkiem? Gadałaś z nim? 
- Taaaak...
- I co? Żyje?
- CO?!
- No pytam, czy go zabiłaś, czy raczej wolałaś oszczędzić?
- Wszystko sobie wyjaśniliśmy. Ok. Nie przejmuj się. Bardzo szybko zajęłam się swoimi sprawami i teraz jest bardzo dobrze... wręcz wspaniale.
- Uf! Chciałabym być taka poukładana jak ty! 
- A co?
- Zgadnij, co ta Kaja wymyśla! Nie mogę z nią wytrzymać. Nawet nie zapraszam do siebie Waldemara! Gówniara chodzi roznegliżowana po domu... Ostatnio wchodzimy z Waldym do domu i co? Ten tylko gały na wierzch... Kurde! Jakaś porażka. Boję się, że ona nawet planuje odbicie mi mojego faceta!
- Nie, no! Przestań! Waldy jest w tobie szaleńczo zakochany. Kaja tak czy siak wyjedzie do tego swojego Brytyjczyka i będzie w porządku. A tak poza tym, to...?
- Dobrze. Ulżyło mi trochę, wiesz? Masz rację. Nie będę się nią przejmować. Ale ja słyszałam, że ty to masz wzięcie...
- Co? Skąd ci takie bzdury do głowy przychodzą?- oburzyłam się
- Kochana! To gołym okiem widać! Artur na ciebie leci, a teraz jeszcze Antonii... ten twój cały szef, Włoch ten, to też niczego sobie. 
- Lena, błagam cię... 
Zaczęłyśmy się śmiać. Dzięki spotkaniu z przyjaciółką mogłam jeszcze wytrzymać w redakcji. Okazało się, że za bardzo wyolbrzymiam całe to zajście na jubileuszowym przyjęciu, bo praktycznie poza mną, Maxem i Karolem nikt o "tej" sprawie się nie dowiedział. 
   Ten weekend wpłynął na resztę mojego życia. Może teraz uda mi się usunąć tą barierę? Fakt- rany zawsze będą dawały o sobie znać, a ja nigdy nie zrozumiem męskiego sposobu postrzegania świata, ale "kto nie ryzykuje, ten traci". Czy warto iść do przodu i gonić za marzeniami? Tylko... za tymi prawdziwymi, życiowymi? Hmm... Pomyślimy. 
...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz